Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Święta Bożego Narodzenia?

A co to w ogóle jest?



***



Turek takie pytanie właśnie zada. Więcej: po świętach zapyta, czy przyjechałeś do Antalyi na święta? Jest to jednak w pełni uzasadnione, przynajmniej w Turcji.

Tu Wam powiem tak - Turcy święta obchodzą, a jak. Tylko, że w Nowy Rok. Choinki i bombki, światełka na drzewach, eleganckie i tandetne prezenty - wszystko oni to odstawiają 31 grudnia. Mają do tego też zgoła inne podejście, jak się okazało w trakcie mojego pobytu w Antalyi od 23. do 26 grudnia, czyli właśnie na ten świąteczny czas.



***



Chwilę po przyjeździe do domu, wydawało mi się, że niedługo pójdę spać, mimo, że była dopiero 17.00. Nie wiem, co mnie tak mogło wykończyć, bo to jedynie pięć godzin jazdy z Afyon było. Jak się miało okazać, daleko mi jeszcze było do zaśnięcia tego dnia.

Na miejscu spotkałem dwie znajome twarze i dwie nieznajome. Znajome były to Ola i Magda, ta pierwsza nacodzień w Ankarze, ta druga od zawsze w Antalyi. Wspólnie byliśmy na kursie językowym i z niego właśnie się z znamy. Nieznane były mi dwie współlokatorki Magdy - Kinga i Carla. Polka i Portugalka.

Jedna piękniejsza od drugiej. I ja. Święta dobra rzecz :).



***



Sama Wigilia to była jedna z najlepszych Wigilii w moim życiu. Poważnie. Polacy, sztuk siedem, zajęli się barszczem, krokietami, pierogami  i ciastami, Węgierka, Nori, zrobiła sałatki, zaś Carla wzięła na siebie portugalskie desery. I jeżu, te ostatnie... wciąż czekam na przepisy i na nazwy :).

Gorzej wypadła reszta erasmusów. Było ich dwa razy więcej, do tego jakieś dziesięć Turków. A Turcy podrzucili wina, whiskey, wódki, piwa i zielsko. Ponoć się dobrze bawili, ale na następny dzień jak się z paroma spotkałem to już takiej pochlebnej opinii o tym nie mieli.

Ja osobiście rozumiem Europę. Turcy za to nie rozumieją. Kiedy nam powiedziano, że bayram jest jak nasze christmas, to trzeba było ich uszanować, i być spokojnym. Kiedy Turkowi powiesz, że nasze christmas to jak cały ramazan i bayram razem wzięte i skumulowane w dwa dni, to nie spodziewaj się takiej samej wyrozumiałości. I stąd potem maryszka gaszona whiskaczem. 


***


Na następny dzień, zwany potocznie pierwszym dniem świąt, sprawiłem sobie kilka prezentów. A potem opierdalanie się cały dzień. Lecz takie pozytywne. Świąteczne. To uczucie, że nic nie ma do zrobienia nie dlatego, że nie ma nic do zrobienia, ale dlatego, że robienie czegokolwiek jest pomysłem zbliżonym do kopania rowów melioracyjnych uszami - nie jest to po prostu coś, co akurat jest najlepszym pomysłem w porównaniu do nicnierobienia.

Na wieczór za to... fiu fiu... dużo się działo, tylko tyle pamiętam :).


***


W życiu nie sądziłem, że wrócę do Antalyi. Więcej - nawet mi się nie śniło, że spędzę tam Święta Bożego Narodzenia. I co? Śmiało mogę powiedzieć, że były to jedne z najlepszych Świąt. Za szybko tego nie powtórzę, bo chociaż palmy i dwadzieścia pięć stopni brzmią kusząco, to jednak nie ma to jak rodzinka, przyjaciele i jeszcze trochę przyjaciół. 

Jutro z rana za to spadam do Afyon. Ankara jest do dupy. Nie przyjeżdżajcie tutaj, jeżeli nikogo nie znanie. Zanudzita się tylko :).

niedziela, 29 listopada 2009

Qurban

Taki opłatek turecki. Tylko, że z krowy.


***


Kiedy przyjdzie 10 dzień miesiąca Dhul Hijja, na Ibrahima pamiątkę postąpisz tako, jako przykazano. Inaczej uczynisz - luz, bracie. Wtedy jednak radzimy poczynić sobie rezerwację w piekle, niewierny!

Albowiem weźmisz czarnom, białom, czarno-biołom, brązowom, bądź jakąkolwiek stworzoną z genetycznego tygla mućkem, czy jej się to podoba czy nie. Lepiej prosić o przebaczenie niż o pozwoleństwo, więc bierzesz ją. Siłą. W sensie, nie siłą ją weźmiesz... po prostu, miej ją pod jedną z rąk swoich.

W drugą rękem nóż weźmisz. Mućkem zarżniesz, jako Ibrahim chciał syna swego w Boskie imię zarżnąć. Tyle, że krówce nikt nie przyjdzie z owcą na zastępstwo.

Krowę podzielisz na trzy części. W miarę równe. Mierzyć, ważyć, celować czy też strzelać możesz przy pomiarze. Ślepota, zez czy schizofrenia - nic cię wytłumaczyć nie może, bowiem świetym twym obowiązkiem jest pokroić mućkem na części trzy.

Część pierwszą zostaw sobie. Logiczne, nie?

Częśc drugą oddaj swej rodzinie, coby się nie czepiali; sąsiadom, coby się nie czepiali; przyjaciołom najbliższym, bo przyjaciel zasługuje na trochę wdzięczności raz do roku.

Część trzecią daj biednym, bezdomnym, chorym i studentom. Im też się należy coś od życia.

Krowem jeść będziesz do 13 dnia miesiąca Dhul Hijja. Jak krowam się skończym, to idź se po czipsym, żarłoku. 10 dnia miesiąca Dhul Hijja co prawda sklepów może nie znajdziesz czynnych, ale później powinno być lepiej.


***


Piszę głównie dlatego, że trochę mięsa dostaliśmy :). Fajny gulasz z niego wyszedł.

Na poważnie jednak, to naprawdę piękna tradycja. Trochę ewoluowała z czasem, bo spotkałem się również z inną wersją tego trzeciego kawałka. Zamiast szukać jakichś biedaków czy innych studentów, to po prostu Turcy wpłacają +/- tyle, ile by była warte tyle mięsa na konta organizacji charytatywnych. Oczywiście, nie wierzę, że wpłacają tyle, ile jest warte np. 100 kg wołowiny, bo to naprawdę niezła fortunka, szczególnie w Turcji.

W Polsce przy dobrych wiatrach w przeciętnym spożywczaku ile byśmy zapłacili za kilo wołowiny, hm? Zwykłe gulaszowe mięso może 10-12, rarytasowy antrykot 35 i wzwyż. Tutaj byle mięsiwo to 40 złotych, antrykot zaczyna się od 100 złotych za kilogram. Pomnóżcie sobie teraz przez 100-150 kilo, bo tyle chyba 1/3 krowy ważyć będzie, nie? A średnia miesięczna pensja jest tutaj prawie taka sama jak w Polsce po przeliczeniu na złotówki.

Dla mnie ta tradycja jawi się właśnie jak taki nasz opłatek. Wczoraj odwiedził nas właściciel mieszkania. Przyszedł z dwoma siostrami, które przyjechały do niego ze Stambułu. Siostra powiedziała "I am schwester of Ahmet*. We bring you some gift. Turkish meat. Bon apetit. Ciao!".

Jak tu nie kochać tych ludzi :)?




*Tak, jeden z tych Ahmetów ;).

niedziela, 15 listopada 2009

Epitafium dla Kabanosa

... i Pamflet na Kanalie.

***

Jest 11.11.2009. Polskie swieto narodowe, czyli moje imieniny. Z tejze jakze rzadkiej w Turcji okazji, pozwolilem sobie na drobna imprezke integracyjna dla wszystkich Erasmusow + paru Turkow, wszystko przy tureckim alkoholu narodowym tj. wodce İstanblue, winku 'Bir adana, bir bedava!' ('Jedno kupujesz, jedno gratis!') i piwie Efes.
Nie myslalem o niczym innym jak jedynie o celebracji naszego swieta narodowego. Jakie wiec bylo moje zdziwienie, kiedy czesc Polakow, Slowacy, Litwini i Emre*, wchodzac do domu, wreczyli mi prezent.
-No jak toto? Co ja mam sie z tym przespac, czy od razu pod respirator lepiej podlaczyc?
-Bir adana, bir bedava!
-Ke?
-No trzymaj i nie malkontentuj.
-Dobra, jak se chcecie.
Pare minut pozniej, zazyczyli sobie publicznego rozpakowania prezentu.
Dziwny papier mieli. Taki jakby plastikiem podklejony. Rozowy. Z kokarda z tego papieru ulozona. Wlasciwie nie tyle kokarda, co bardziej taki wachlarz, o. Wymaga troche wiecej sprytu, ktory na szczescie w stosownym momencie posiadalem.
Otwieram paczuszke. W niej pudlo. W pudle scisnki gazet.
No i kaza szukac w tych gazetach. Posrod cytryny, tampona, fajki, kasztana, prezerwatyw, manadarynki, zelkow, chusteczek, Alca Seltzera**, szklanych serduszek i suchej bulki znalazl sie... kabanos.
Zywiecki. Krakow wyprodukowal.
Ten zapach...
Ale nie. Odlozylem go sobie na sniadanko. Tlusciutki, bedzie jak znalazl. Wrocilem do zabawy.

Rano wstaje, pelen szczescia ide do kuchni przyszykowac sie nalezycie do pierwszej od trzech miesiecy swinki przerobionej na kabanoska. Przygotowalem wiec talerz. Nastawilem wode na herbatke. Chlebek pokroilem i maselkiem posmarowalem. Nastepnie herbate zaparzylem. Poslodzilem.
Ide do pokoju. stawiam na stoliku talerz. Kubek tez. Podchodze do pudelka. Szukam kabanosa.
Szukam. Szukam. I znajduje. Puste opakowanie.
Nadal szukam. Wywalam wszystko na ziemie. Moze sie wyslizgnal? Znowu cytryna, suchy chleb, prezerwatywy, tampony i kasztan. A kabanosa ani sladu.
Do dzisiaj nie wiem kto mi go zjadl.
A naprawde chcialem go sobie zjesc.
Czy nawet w Turcji nie moge w spokoju zostawic swoich rzeczy we wlasnym pokoju na wierchu, zeby za moment nie zniknely?
Nie, nie znalazl sie. A szkoda.

PS Jakiekolwiek pogloski o tym, ze kabanos byl produktem zbozowym, spotkaja sie z moim niewymownym uniesieniem, Maju ;).




* Mniejszosc turecka tegoz zgromadzenia.
** Zwal jak zwal, nie pomogl z rana.

niedziela, 27 września 2009

Tymczasem przenieś moją duszę utęsknioną, Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych...

Na wspomnienia mnie wzięło, więc sobie Linkin Park „In the end” puściłem. Pierwsza piosenka pierwszego zespołu, który uwielbiałem jako pierwszy.

Ogólnie zaduma mnie łapie coraz częściej. Ostatnio zatęskniłem za trochę bardziej polskim jedzeniem (czego owocem były kuchenne podboje z poprzedniej notki). Naprawdę jednak w tej chwili tęsknie za jesienią. Polską, złotą... chciałoby się rzec: normalną jesienią.

Nie jest to dlatego, że od lat sobie obiecuję, że pojadę w Bieszczady jesienią, a tu się trochę wynudziłem, czekając na zajęcia. Nic nie mają do tego zdjęcia rodaków na nk, albo rozmowy z nimi. Nie uwierzycie chyba, jakie trzy przedmioty w taki nostalgiczny nastrój mnie wprowadziły.

Pierwszy był liść. Lekko pożółkły liść jabłka, które w swoim czasie kupiłem na bazarze. Bóg mi świadkiem – idealna żółć jesienna.

Drugi był facebook. Kiedy otworzyłem tam Puszkę Pandory (aplikacja, która umożliwia wylosowanie nieomal dowolnego przedmiotu, uczucia, człowieka itp.), wylosowałem... wiewiórkę. Szarą. Z orzeszkiem.

Ale wszystkim dobiła mnie szyszka. Zrozum, Panie Czytelniku: pośród Gór i Wzgórz, pośrodku Stepu, na Betonie przy Akademiku... SZYSZKA. Jak sobie przypomnę moje radomszczańskie lasy, kiedy pacholęciem będąc brykało się po nich z harcerzami, obrzucając się szyszkami i wywalając na cztery litery na śliskich opadłych liściach... 

Tak, tęsknię.


***


Muezini lub ezini. Różnica bierze się z arabskiego, gdzie „m” dodaje się dla osób. Samo „ezin” jednak nie wiem co oznacza. Wiem, kogo oznacza, i wy pewnie też.

To jest ten koleś, który codziennie pieje ile fabryka dała w mikrofon na szczycie minaretu,wieży tak charakterystycznej dla muzułmańskich meczetów, jak...

No właśnie, tu słówko. Chrześcijanie minaretu nie potrzebują. Konstrukcja ta swoje początki ma w wysokich punktach, takich jak drzewa czy wzgórza, z których zwoływano i przypominano raczkującym muzułmanom, że się mają pomodlić. Ponieważ w miastach trudno o naturalne wywyższenia, a ponadto były to miejsca nadzwyczaj głośne, trzeba było zacząć budować odpowiednio wysokie punkty, aby wszyscy wierni wiedzieli kiedy mają się modlić. Albowiem muzułmanie pory swych modłów mają regulowane takim ścisłymi terminami jak „zachód słońca”, a więc przez pory dnia, a te codziennie się zmieniają, a więc i codziennie muzułmanie modlą się o różnych godzinach. Obecnie można (na pewno w Turcji) spokojnie kupić (a zarazem nie można nie kupić) kalendarza z wyrywanymi karteczkami, na którym każdy dzień ma wypisane dokładne godziny dla każdej modlitwy, z uwzględnieniem naturalnie tego, ze słońce kiedy indziej zachodzi w Stambule, inaczej w Afyon, Ankarze czy Konyi, a jeszcze inaczej w Trabzonie.


Dlaczego więc muezini umierają?

Niechaj mnie znienawidzą wszyscy kochający Bliski Wschód i jego Orientalizm, ale... na litość, po dwóch miesiącach mi się oni troszkę okropnie osłuchali. Teraz, każde to ich przeciągane w nieskończoność „AaaaaaaaaaAaaaaaaAAAAAaaaaAAAAaaaaaAAAAAaaaaaaa” brzmi, jakby byli w ciężkiej aaaaAAAaaAAAAaaaaaaAaagonii. Nie mogę już dłużej z nimi i tyle :).


***


Ale niech sobie chwalą Boga. To nawet swój urok ma. Na pewno miało dla ludzi w czasie ramazanu, kiedy wieczorna pieśń ezina obwieszczała, że słoneczka już nie ma i można jeść. Miałem to szczęście, że akurat na jedną z takich kolacji zostałem zaproszony przez koordynatora programu Socrates/Erasmus do jego domu.

(To dawne dzieje w sumie, chciałem je opisać wtedy, gdy miały miejsce, ale teraz dopiero pozwala mi na to bloger. - edyt. przyp. krogulczas)

Jadę sobie z Abdulkadirem (tak ma na imię), bo się zaoferował, że podrzuci mnie na iftar caderi – taka stołówka bezpłatna, rozstawiana na czas ramadanu, a sponsorowana przez władze miasta; wpadają tam i biedni i bezdomni, a także urzędnicy i policjanci. Po prostu, kto chce, może za darmo najeść się do syta (a pamiętajmy, że cały dzień nic nie jedli i nie pili...)

Jadę. Ledwo w sumie wsiadłem, Abdulkadir mówi do mnie „Co też ja sobie myślałem, że nie zaprosiłem Barhta (tak słyszą moje imię, przez moje felerne „r” :)) do nas na kolację? Barhta, jeżeli chcesz, zapraszam cię do siebie, bądź mym gościem”. Nie sposób odmówić ;).

Podaruję sobie opis domu, żywiołowości dzieciaków czy dostojnego spokoju dziadka, a przejdę do samego posiłku.

Bo oni mi tam Wigilię normalnie urządzili, a nawet w Wigilię nie jestem taki pełen, jak tam byłem. Tak naprawdę, to porównanie ma dodatkowe dno. Otóż, każdy dzień ramadanu jest dla muzułmanina dniem wyjątkowym, dniem, który spędza z z najbliższymi, a każdy dobry uczynek w czasie ramadanu jest liczony dziesięciokrotnie więcej na Sadzie Ostatecznym (lub czymś na jego pokrój).

A ja się tymczasem na poważnie bałem, czy za chwilę nie spojrzę ponownie na to, co przed chwilą jadłem. Niby nic szczególnego, ani nawet porcje nie były jakieś przesadzone, ani też kurczak, frytki, surówka z pomidorów czy podsmażana zielona fasolka nie mieszczą się dla Polaka poza pojmowaniem.

Ale deser...

Jeeeezu, jaki on był sycący! Za ChRL nie pamiętam jak się to nazywało, ale jeeeeezu, jakie to było dobre! Takie wilgotne ciasto francuskie, które w ustach zamieniało się w krem, azali był to krem, który miał konsystencję ciasta francuskiego? I jeszcze z bananami gdzieś tam wmieszanymi... Jeeeeeezu!

Podano potem... drugi deser. Baklawę. Baklawy już jednak wdusić nie mogłem. A, słówko o baklawie – o, ubodzy w wiedzę! Kto wpadł na pomysł nazywania „chałwą” tureckiej baklawy! Tej chałwy, którą my znamy, nie znajdziecie w Turcji. Baklawa i chałwa to nie są zamienniki! Chałwy nigdy nie lubiłem, a baklawę, gdyby nie odrobina zdrowego rozsądku, mógłbym jeść godzinami.

Na zakończenie tylko szybka herbatka (a właściwie trzy, które trwały godzinę) i Abdulkadir odwiózł mnie do akademika.


***


Tą notkę chciałem zamieścić naprawdę dawno temu, bo dobre trzy tygodnie temu. Teraz dopiero jednak przeszła korektę, co chciałem to dodałem, bloger działa, i można publikować.

Jutro prawdopodobnie wyprowadzam się do mieszkania gdzieś w centrum miasta. Jak się tylko urządzę, to ląduje na blogu kolejna notka. Bardzo możliwe, że o pierwszym dniu roku akademickiego, bo jutro się takowy zaczyna :). Trzymajcie kciuki!

sobota, 26 września 2009

Kuchnia od kuchni

Tavuk a'la Krogul (Kurczak po krogulczemu) przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.

***

Jak już wspomniałem poprzednio, gotowałem po raz pierwszy w tym przybytku. Cholera, ja tutaj już prawie dwa miesiące siedzę, a dopiero teraz się za to wziąłem! 

Ale mnie się zwyczajnie zatenskniuo za normalnom, polskom kuchniom.

Poszedłem więc do tej kuchni. To był pierwszy błąd. Otóż: tą kuchnią przez całe wakacje, a szczeólnie przez ostatni miesiąc, zajmowali się wyłącznie faceci. Nieważne, że Turcy, chociaż to pewnie też ma pewne znaczenie.

Trzeba bowiem powiedzieć o czystości w Turcji to, co już zostało powiedziane, a więc powtórzyć: Turcy to syfiarze. Śmieć się na śmieciu ze śmieciem wala, a Turek jedynie radośnie dokłada na kupkę.

Jak więc prezentował się widok tej kuchni?

Schnące bochenki chleba zostawione na wierzchu.

Obierki po pomidorze i ziemniakach zostawione na stole, kuchni i umywalce.

Brak dostępu do ciepłej wody.

Niezalany garnek po jajecznicy, którą mi serwowali od trzech dni...

Ubite muchy (!) na jedynej (!!!) ścierce* dostępnej w kuchni (!!!!!).

Gnijące na kuchence skorupki po jajkach.

A, jeszcze dzieci i gęsi włążące do kuchni.


***

Niezrażony tym, zrobiłem swoje. Drowning Pools, Iron Maiden, Rammstein i Lady Gaga puszczone w głośnikach. Można zacząć.


Najpierw trza było trochę ogarnąć.

Trochę szatkowania, trochę tasakowania (fajna zabawka swoją drogą :D ), trochę pożyczenia cebuli i ziemniaków i ich obrania i składniki gotowe.


Składniki Tavuka a'la Krogul:

- 2 udka kurczaka (jak macie piersi z kurczaka to brać je),

- 2 pomidory,

- 1 papryka czerwona,

- 3 papryczki a'la jalapenos, ale w ogóle nieostre; papryczki, po prostu,

- 1 cebula,

- świeża (z braku świeżej - nieświeża też się na da :) ) nać pietruszki,

- przyprawy: sól, czarny pieprz, słodka papryka (zmielona), czerwona papryka (skruszona [u nas się tego nie znajdzie]), tymianek, 3 goździki,

- ziemniaki i kalafior jako serwowane dodatkowo.

Najpierw marynujemy kurczaczka w oliwie z oliwek. dajemy wszystkie przeprawy jakie podano, wedle uznania. Jeżeli sól mało słona, to dac jej więcej, jak tymianek mało tymiankowy to też go więcej itd.

Jak nam się to marynuje, przygotowujemy się do gotowania, tj. sprzątamy kuchnię, tak, żeby nie wstyd było się poniej poruszać. Dopiero potem obieramy ziemniaki i kalafiora, które wstawiamy razem aż do momentu, aż się rozgotują. Jeżeli komuś się uda nie rozgotować - lepiej dla niego ;).

Potem odpalamy ogień.

Tak, to moja kuchenka.Cztery takie palniki acetylowe się tam znajdują. To białe to nie fajka, jeno papierek, którym posługiwałem się żeby odpalić to cholerstwo, bo nie miałem ochoty mieć przypieczonych włosków na paluszkach. I całej ręce przy okazji. Że o głowie nie wspomnę.

Jakoś tak jak posprzątamy kuchnię i wstawimy ziemniaki z kalafiorem, kroimy warzywa w kostkę, paski lub trójkąt Sierpińskiego. Jak pokroimy, to grzecznie wstawiamy kurczaczka na ogień. Po jakiś 2 minutach dorzucamy warzywa (nie pytajcie mnie dlaczego :P).

No, teraz pozostaje tylko obserwować jak się to wszystko rozwija. 

Efekt:

Fajne, nie? 

A, jak jesteście sprytni, to nie zapomnijcie o maśle do kalafiora ;).

Afiyet olsun!


***


Coś mnie Bloger nie lubi. Ale ja go lubię, mimo, że odmawia mi logowania, a czasem nawet wstępu na stronę logowania.

Jutrzejszy, obiecany tekst o tym, dlaczego muezinowie (lub ezinowie) umierają, i dlaczego muzułmanina w ramazanie to cieszy.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Kafka

Dzisiaj notka trochę później, bo ledwo wróciłem z meczu. Trzeba było obrażeniami się zająć.

Ciężki żywot bramkarza.

Ale skoro mam to już za sobą, czas na część właściwą. Japoński rock + RHCP "Otherside" i można pisać.

***


Kafka. Ja lubię słodką. Tu, w Turcji, przeciętna neskafka potrzebuje jakieś 9 kostek cukru. Zresztą w Polsce wygląda to podobnie - jakieś 5 czy 6 łyżeczek cukru to niezbędne minimu m.Turecka, która by mnie powaliła na kolana, jeszcze mi się nie trafiła jednakowoż. Chyba nie mam do nich szczęścia. Nie uświadczyłem owej czerni nocy, gorąca z piekła rodem ani słodkości miłości, jaką można w niej odnaleźć. No ale cóż, mnie się mocha z espresso myli, więc może to tylko wina mojej barbarzyńskiej ignorancji.

Zapewne wiecie, że kawa pochodzi z Etiopii.

Zapewne wiecie, że zjadano ją tam, a nie parzono. Gotowane owoce z masłem i z solą. Pycha musiało być. Dopiero w Jemenie pacnęli się w łeb, że możnaby toto zaparzyć. A że z Jemenu do Mekkki i Medyny niedaleko, zaś do Mekk i Medyny każdy muzułmanin winien przynajmniej raz zajrzeć, to też własnie muzułmańskim pielgrzymom prawdopodobnie zawdzięcza się migrację tegoż trunku na tereny początkowo arabskie, a później tureckie.

Kafce, gdziekolwiek by się nie pojawiła, towarzyszyła niezmiennie opinia trunku o właściwościach leczniczych. Leczyła bóle głowy, brzucha i hemoroidy. Jakoś nie chce mi się w to wierzyć, ale jakby nie patrzeć jest to opinia lekarzy już arabskich, a to właśnie im przecież współczesna Europa zawdzięcza współczesną medycynę (o tym może innym razem).

Tutaj może pojawi się kilka smaczków związanych z moimi zainteresowaniami tj. historią, rodowodami słownymi, historią, rewolucjami, historią, nauką, historią, miłością i historią.

Ciekawa jest na ten przykład historia prób zakazu spożywania kawy. W Kairze w 1511 roku została kafka zakazana z uwagi na, że ówczesny władcy egipskiemu zachciało się reform, a to właśnie w gronie kawoszy skupiała się opozycja tych reform. To tak jakby próbować zamknąć internet zlokalizowany na obszarze pięciu kilometrów kwadratowych za szczelnymi grodziami, tak, aby nikt nie miał do niego wstępu ani dostępu. Co z tego, że idę do Mietka, który mieszka poza zoną, i tak czy owak uzyskuję do niego dostęp?

O następnej rzeczy po prostu muszę napisać. Turcy zwykli nie mieć kawiarń. Mieli bardziej domy kawowe, gdzie w pięknym ogrodzie, koniecznie z basenem i fontannami (wierzono, że woda ma właściwości oczyszczające*), oddawali się kawowym rozkoszom. Mają nawet specjalne słowo na ten moment delektowania się bukietem smaku i woni kafki: "keyif". Zwykli też domy kawowe nazywać "domami mądrości" z uwagi na to, że spotykała się tam śmietanka społeczeństwa.

W Anglii podchwycono ideę "domów mądrości". Kawiarnie nazywano w XVII wieku "penny universities" tj. "uniwersytetami za pensa". W owych pensjonatach (ale mi się dowcip udał haha) kwitła myśl akademicka, wolna i niezależna od żadnej władzy. Karol II też próbował zakazać spożywania kawy, lecz mu się to ostatecznie nie udało. To znaczy zakazał, tyle że kawiarnie wciąż kwitły - w XVII wieku było ich w Londynie więcej niż obecnie.

C.D.N. bo muszę to jeszcze wszystko najpierw po angielsku napisać :).

Tak więc ciao, jakby powiedział mój nowy współlokator.

* Jakkolwiek to nie brzmi. Bardziej jednak chodziło o wpatrywanie się w wodę, aniżeli kąpiel w niej.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Kahva

Nie, nie o niej dzisiaj będzie :)

Będzie o niej najprędzej jutro. Aktualizacji należy się ogólnie spodziewać w poniedziałki, środy i piątki. Trochę nie blogowałem i muszę się tego ponownie nauczyć. Mam nadzieję, że do tej pory znalazło się kilku wdzięcznych a wiernych czytelników bądź czytelniczek. 

Tak więc jutro będzie trochę o historii kawy i kawiarń na świecie. Można się spodziewać kilku oczywistych faktów, ale mam nadzieję, że uda mi się przywołać kilka nieznanych ciekawostków. Szczególnie, że jest to teraz referatu jaki mam do wygłoszenia w czwartek z Agatą, przesympatyczną studentką stomatologii. Oczywiście, nie wygłaszalibyśmy go, gdyby nie było to obowiązkowe podczas kursu ;).

To cmok cmok i do jutra.