Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienności. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Jeżeli coś zdarzyło się dwa razy, zdarzy się i trzeci.

Ja tu o wolności piszę.


***


Mógłbym próbować się wytłumaczyć, czemu nie dokończę o Stambule. Mam przed sobą listę, tego, o czym miałem napisać:


1. Złodziej + jego powtórka

2. Waga

3. Zakryty Bazar i czarny rynek

4. Chujowość topkapi

5. Najlepszy kebab

6. W górę i w dół

7. Czegoś brak


Spisałem ją dawno, podczas pisania o Stambule właśnie. I ignorowałem. Nie „zapomniałem”, nie „nie miałem czasu”, nie „bo ja w trakcie egzaminów jestem”. Po prostu. Starczyło mi.

Doszedłem do wniosku, że póki co niech to sobie tam leży. Ja Stambuł pamiętam. Jak ktoś będzie chciał, to mu opowiem o tej siódemce.


***


Ciesząc się, że już wszystko co wiedziałem to napisałem, w środę spadam do Syrii. A teraz czas się zanurzyć błogim lenistwie w rytmie Red Hot Chili Peppers...

wtorek, 12 stycznia 2010

Jeżeli przyjrzysz się bliżej, to wielkiej różnicy to tu w sumie nie ma

A mówimy tutaj o nauczaniu.


***


Nie wiem, jak to będzie się prezentować na dowolnym polskim wydziale zarządzania. Wiem jednak, że to, co tutaj profesorkowie próbują wbić do łbów jest wiedzą akademicką od góry do dołu. Z perspektywy przyszłego robola oznacza to tyle, że zmarnujesz sobie lata nauki do przygotowania się do życia, które nie istnieje.

Na co mi wiedzieć, że przedsiębiorcy są przedsiębiorcami, multi-przesiębiorcami lub intra-przedsiębiorcami? Albo że mamy kryzys i jest ciężko? Podatki nie są dobrowolne - o maj got! Turcja powinna być członkiem UE? Takiego!

Dlatego postanowione - przeprowadzam się do Japonii. Albo Norwegii. W rachubę wchodzą jeszcze Holandia, Kanada, Australia i Nowa Zelandia. A może wszystko po kolei i niekoniecznie w tej kolejności. Praktyki w ambasadzie RP w Tokio to na pewno będą mieć miejsce. Za dwa lata.

A teraz wracam do prania, muzyki słuchania i sprzątania. W końcu jutro kolejny ważny egzamin!

środa, 6 stycznia 2010

Istanbul, czyli cz.5

Dzień pierwszy


- Ty, to naprawdę Europa?

- Avrupa? Alla alla! Alabala! Benedykt XVI! Hesiemesie buroki?

- Pewnie. Z ust mi to wyjąłeś.


To był najsensowniejszy dialog, jaki sobie uciąłem po turecku tamtego dnia. Z taksówkarzem, który wiózł moją czarną szanowną dupę do Sisli/Mecideyekoy. Tam, pod Cevahir Alisveris Merkezi (Centrum Handlowym Cevahir) miał mnie odebrać Jan. Tak, ten sam Jan.

Może tak – chciałem złapać jakiegoś stopa, żeby mnie tam zawiózł. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie zaczepił mnie Turko-simpatiko. Nie pamiętam jak miał na imię, ale wiem, że doszliśmy do tego, że tłumaczy się na „silny”. Dobrze, że to nagrałem. „Harkan”. Translator zaprzecza*.

Turcy mają fantastyczny zwyczaj nazywania swoich dzieci od tego, co już istnieje. Więc nazywają swoich synów i swe córy „pięknymi”, „mądrymi”, „horyzontami”, długo wyczekiwanymi”, „tysiącem świateł”, „człowiekiem, który zrobi wszystko”, a nawet „żołnierzem czekającym na wschód słońca”. Oczywiście, jeżeli mamy im wierzyć.

Tylko tyle zapamiętałem z rozmowy z nim (jego imię), więc nie działo się nic więcej. No poza tym, że tak mnie zagadał podczas spaceru, że zrobiło się zimno, nogi mnie bolały po całym dniu, stwierdziłem, że pierdolę i wbijam na taksę. Po drobnych negocjacjach co do ceny, udało mi się w końcu dotrzeć do Europy**.


***


Dzień drugi

„Może to zaznaczę – nie przyjechałem do Stambułu, żeby się nim zachwycać. (…) Nie obiecuję, że z Istanbułu przywiozę jakieś dobre wieści.”

Taki zapis głosowy mam z poprzedniego dnia. Oczywiście mówię to żartem.

Ale każdy żart jest powagą tkwiącą w okowach Wszechświata.


***


Wyobraźcie sobie, że jedziecie do Warszawy z Wrocławia. Przez Gdańsk. I Poznań. I Łódź. W tej kolejności.Taką właśnie trasą, tyle, że po Konstantynopolu, doszedłem do Hagii Sofii.

Ciekawostką jest, że... nie wiedziałem, że jestem przy Hagii Sofii. No bo pardon, ale kiedy ktoś nazywa coś „muzeum” to ja oczekuję muzeum. A tu jest „Muzeum Hagii Sofii”.




To wchodzę do tego muzeum Hagii Sofii. Chodzę, aparat robi co może. Niewiele może.


Wychodzę z Hagii Sofii. Teraz już wiem, że to było to. Tak to przez cały pobyt... nie wiedziałem, czy ja jestem we właściwym miejscu. Kościół Mądrości Bożej, czy nie Kościół Mądrości Bożej? Zapytać się, czy nie? Z zapytaniem wczoraj o to, którędy do Europy to nie miałem problemu. Tym razem, będąc już w środku jakiegoś przybytku, to tak trochę dziwnie by było dowiedzieć się, że jest się we właściwym miejscu. Rozumiecie, prawda?


Kolejny do odstrzału był Błękitny Meczet. Sultanahmet Cami. Z zewnątrz nawet ładny.


W środku to jak każdy inny meczet. Mam swoją teorię związaną z tymże stanem rzeczy. Otóż Błękitny jest zajebisty. Ja tak uważam, każdy tak uważa, też tak uważacie, bo wszyscy tak uważają. Jest bardziej szary niż błękitny, ale to już zostawmy za sobą.

Jak powiedziałem, Sultanahmet wgniata w ziemię po same sutki. Problem polega na tym, że teraz każdy meczet wygląda jak Sultanahmet. A Sultanahmet wygląda jak Hagia Sofia z tymi swoimi kopułami. Został zresztą wybudowany nie tak długo po zdobyciu Konstantynopola (biorąc pod uwagę jego rozmiary). I tu jest teoria: Osmanom nie podobało się, że w ich nowej stolicy, którą zdobywali od setek lat jest taki ładny kościółek. Dorobili minarety, ale to wciąż nie to samo. Więc co robią? To, co każdy szanujący się budowniczy zrobiłby na ich miejscu – zbudował lepsze, wyższe, monumentalniejsze, droższe, w generalnym założeniu przyćmiewające blaskiem to, co już istnieje. Oczywiście nie w jakimś odizolowanym zakątku Imperium, ale zaraz naprzeciwko rywala. I żeby nie było, ze to tylko na pokaz, to jakimś dziwnym trafem od tamtego czasu, każdy meczet (a przynajmniej te, co widziałem, a trochę ich było) ma:

- co najmniej jedną kopułę (Zośka ma tylko jedną, byczą)

- co najmniej jeden minaret (Zośka nie miała wcale)

- co najmniej chujowe wnętrze (Zośka... nie, też jest chujowa)


Wybaczcie, ale taka jest smutna prawda. Z zewnątrz jest to najpiękniej prezentujący się monument jaki w życiu widziałem. Ale wewnątrz to jak każdy inny meczet wygląda. I stąd mój pomysł, ze może... to po prostu wszystkie inne meczety wyglądają w środku tak jak w Błękitnym Meczecie?


***


Dwa dni temu dowiedziałem się, że za tydzień sesja. Słodko. Więc się uczę. O Stambule jeszcze zostało mi do napisania o tylko siedmiu rzeczach, tak jak sobie to teraz kalkuluję, ale może coś się jeszcze doda.

Tymczasem lecę do nauki. Za kopa w dupę do napisania w końcu tej notki dziękuję sadystycznej, acz miłej jak się ją pozna czytelniczce :).


PS Przylatuję 2. lutego !!!!!!!!


* tureng.com

** Nie, nad Bosforem nie mam fajnych fotek. Ciemno było, a jak jest po turecku „prrrr” to nie wiem***.

*** „Stop” to wiem, bo to „dur” jest. Ale tu nie o „stop” na środku mostu łączącego dwa kontynenty mi chodziło.  

niedziela, 29 listopada 2009

Qurban

Taki opłatek turecki. Tylko, że z krowy.


***


Kiedy przyjdzie 10 dzień miesiąca Dhul Hijja, na Ibrahima pamiątkę postąpisz tako, jako przykazano. Inaczej uczynisz - luz, bracie. Wtedy jednak radzimy poczynić sobie rezerwację w piekle, niewierny!

Albowiem weźmisz czarnom, białom, czarno-biołom, brązowom, bądź jakąkolwiek stworzoną z genetycznego tygla mućkem, czy jej się to podoba czy nie. Lepiej prosić o przebaczenie niż o pozwoleństwo, więc bierzesz ją. Siłą. W sensie, nie siłą ją weźmiesz... po prostu, miej ją pod jedną z rąk swoich.

W drugą rękem nóż weźmisz. Mućkem zarżniesz, jako Ibrahim chciał syna swego w Boskie imię zarżnąć. Tyle, że krówce nikt nie przyjdzie z owcą na zastępstwo.

Krowę podzielisz na trzy części. W miarę równe. Mierzyć, ważyć, celować czy też strzelać możesz przy pomiarze. Ślepota, zez czy schizofrenia - nic cię wytłumaczyć nie może, bowiem świetym twym obowiązkiem jest pokroić mućkem na części trzy.

Część pierwszą zostaw sobie. Logiczne, nie?

Częśc drugą oddaj swej rodzinie, coby się nie czepiali; sąsiadom, coby się nie czepiali; przyjaciołom najbliższym, bo przyjaciel zasługuje na trochę wdzięczności raz do roku.

Część trzecią daj biednym, bezdomnym, chorym i studentom. Im też się należy coś od życia.

Krowem jeść będziesz do 13 dnia miesiąca Dhul Hijja. Jak krowam się skończym, to idź se po czipsym, żarłoku. 10 dnia miesiąca Dhul Hijja co prawda sklepów może nie znajdziesz czynnych, ale później powinno być lepiej.


***


Piszę głównie dlatego, że trochę mięsa dostaliśmy :). Fajny gulasz z niego wyszedł.

Na poważnie jednak, to naprawdę piękna tradycja. Trochę ewoluowała z czasem, bo spotkałem się również z inną wersją tego trzeciego kawałka. Zamiast szukać jakichś biedaków czy innych studentów, to po prostu Turcy wpłacają +/- tyle, ile by była warte tyle mięsa na konta organizacji charytatywnych. Oczywiście, nie wierzę, że wpłacają tyle, ile jest warte np. 100 kg wołowiny, bo to naprawdę niezła fortunka, szczególnie w Turcji.

W Polsce przy dobrych wiatrach w przeciętnym spożywczaku ile byśmy zapłacili za kilo wołowiny, hm? Zwykłe gulaszowe mięso może 10-12, rarytasowy antrykot 35 i wzwyż. Tutaj byle mięsiwo to 40 złotych, antrykot zaczyna się od 100 złotych za kilogram. Pomnóżcie sobie teraz przez 100-150 kilo, bo tyle chyba 1/3 krowy ważyć będzie, nie? A średnia miesięczna pensja jest tutaj prawie taka sama jak w Polsce po przeliczeniu na złotówki.

Dla mnie ta tradycja jawi się właśnie jak taki nasz opłatek. Wczoraj odwiedził nas właściciel mieszkania. Przyszedł z dwoma siostrami, które przyjechały do niego ze Stambułu. Siostra powiedziała "I am schwester of Ahmet*. We bring you some gift. Turkish meat. Bon apetit. Ciao!".

Jak tu nie kochać tych ludzi :)?




*Tak, jeden z tych Ahmetów ;).

czwartek, 26 listopada 2009

Trochę spokoju

To doznanie jest nadzwyczaj ciekawe.


***


Myślę, że mógłbym tu żyć.

Tu, w Azji Mniejszej. Kolebce parunastu cywilizacji i setek kultur, które stworzyły chyba najbardziej wybuchową dostępna genetycznie mieszankę ludzi.

Tu, w Turcji, którą od blisko czterech miesięcy zjeżdżam od góry do dołu.

Tu, w Afyon, gdzie mieszka 170 tysięcy ludzi, a piwa możesz napić się w trzech miejscach: knajpie w centrum, gdzie zagęszczenie ludzi wynosi ok. 30/metr kwadratowy' disco/barze, do którego nawet nie wiem jak się dostać, lecz się tam raz dostałem. I gdzie szocik wódki kosztuje 10 lir (=20 PLN); burdelu. Całkiem niedaleko. Ode mnie, w sensie. 

I czuję się jak... w domu. U siebie. Na swoim. Nie ma w tym niczego racjonalnego. Nie mam dla tego żadnego uzasadnienia. To przeczucie, nie uczucie.

Wiem, że pod koniec stycznia lub na początku lutego ląduję z powrotem w Polsce. Trochę głupia proporcja, nie? 2/3 czasu spędzone na dostosowywania się i akceptacji dla 1/3 pobytu. Z czego 1/3 tego pozostałego to czas obecny, który przeminie ot tak, jak do tej pory. Następna 1/3 będzie samotna, bo zostaję w Turcji na Swięta. Ostatnia tercja to wkuwanie do egzaminów, ich pisanie, zdawanie i spadanie stąd jak najdalej się da.

I wciąż potrafiłbym żyć w takim... przewidywalnym miejscu.

Może dlatego je lubię? Bo jest przewidywalne? Proste?

Mój pobyt tutaj się zakończył. Teraz zacznie się wegetacja. Bo zgłębiłem już to miejsce. Nic więcej nowego się o nim nie nauczę. Nie ma tu niczego co mnie interesuje. A przynajmniej tego, co by naprawdę mnie interesowało.


***


Przez ostatnie blisko osiem miesięcy własnie nad tym się zastanawiałem - co naprawdę kręci mój mózg? Czego tak naprawdę poszukuję? Co chcę osiągnąć? Co chcę zrobić potem? Dlaczego to, a nie coś innego? Dlaczego właśnie nie coś innego? Dlaczego ja miałbym to robić?

Opcji było wiele. Najbardziej obiecująco zapowiadały się te związane z językiem. Czy jest coś w języku danej kultury, co sprawia, że staje się ona wyjątkowa? Czy używany język determinuje to, kim jest człowiek? Czy gdyby komuś "zamienić" języki, to czy wpłynełoby to w jakimś stopniu na to kim jest? Czy jest to narzędzie, które umożliwiło uformowanie kultury, czy też jest tak jak się obecnie uważa - że to kultura ukształtowała używany język? Co więc ukształtowało kulturę?

Ciekawie równiez zapowiadało się przekształcenie w kierunku bardziej biologicznym po znalezieniu pytania "A co jeśli tzw. reakcja obronna człowieka na zamarzanie tj. odpompowanie krwi z kończyn wyłącznie do torsu, okazałaby się po prostu szczątkiem kodu genetycznego, odpowiedzialnego za hibernację, tak jak pozostałością jest kość ogonowa?". Ot tak, kiedyś brałem prysznic i mi wpadło to do głowy.

Albo odkryć w którym punkcie w przyszłości nastąpi moment, w którym wszystko pierdolnie, a trzeciej wojny nie będzie tylko dlatego, że nie będzie miał kto o niej pamiętać?

Może jednak naprawdę kręci mnie rozgryzanie każdego człowieka? Tego, co go kształtowało, tworzy i zdeterminuje (albo i nie) kim będzie. Czy jest jakiś sposób na przewidzenie tego? Równanie, wzór, reguła, algorytm, inny mądry matematyczny termin, bo nie znam innych? Jak można poznać człowieka? Jak w 5- nie, w minutę dotrzeć do tych zakamarków jego umysłu, które są dla nas najbardziej użyteczne, bez potrzeby używania typowych środków współczesnej perswazji - rozmowy, łapówek, szantażu, manipulacji, negocjacji, umowy itd.

Chyba jestem blisko znalezienie tej odpowiedzi. A właściwie pytania. Jest dużo związku z czasem, efektywnością, kontrolą. Jest dużo biologii. Jeszcze więcej psychologii. Poznanie inżynierii, może. Zgłębianie kultur, zachowań, dogmatów religii, determinantów zachowań. I cholera wie jeszcze co.

Ale nie wiem co to jest. Nie jest to coś, co sprzedam, ale coś, co da mi cel do zrealizowania. To jest pytanie do zadania. Odkrycie czekające na odkrycie. Jestem na krawędzi odnalezienia tego pytania. Pytania, które zmieni naprawdę dużo.  Coś, co sprawi, że będę mógł wykorzystać ten talent który mam - rozumienie w mig jak działają różne rzeczy, zjawiska, obiekty żywe i martwe na tym świecie, kompletnie ze sobą niepowiązane. Bo skoro ja je rozumiem, i tworzę między nimi sieć zależności, to musi istnieć jakiś związek pomiędzy nimi? Nie chodzi mi tu o jakiś bogu ducha winny gremializm. Ale o... odnalezieniu sensu wszystkiego.

Tylko jakie u diabła pytanie trzeba zadać, aby wszystko zrozumieć?


***


Pobyt tutaj dużo mi naświetlił. Może potrzebowałem tego kraju, może nie. Może to przypadek, może przeznaczenie, że tu jestem, bo decyzja o przyjeździe do Turcji to czy uwierzysz czy nie, to naprawdę był pomysł oparty na przeczuciu po tym, jak zobaczyłem ją na liście. 

Na pewno potrzebowałem odmiany. Widzę, że nowe środowiska szybko mi się nudzą. Tak, Turcja mi się znudziła. Łatwo rozłożyłem ją na części pierwsze, zrozumiałe tylko dla mnie. Teraz ich raczej nie opiszę. Kto wie, czy mi się to kiedykolwiek uda, bo jak powiedział kiedyś na wykładzie dr Olędzki "Są dwa rodzaje naukowców: ci, którzy odkrywają i ci, którzy nauczają. Pierwsi nie potrafią tego co drudzy, drudzy nigdy nie osiągną tego co pierwsi". 

Wierzę, że mam przed sobą dużo pracy. Dopiero potem myślę, że mam do zrobienia coś ważnego. Możliwe, że nie uda się nikomu tego zrozumieć, ale co mnie to. Trzeba czegoś w życiu poszukiwać. Jeżeli czujesz się zaspokojony, to jaki jest sens dalszego życia?

Mój mózg domaga się bardzo ambitnej stymulacji, więc muszę mu takową zapewnić. Dobrze mi z tą wizją tego, co przede mną. Trochę jednak czasu minie zanim zaznam trochę spokoju.

niedziela, 22 listopada 2009

Pacman

Tak mnie dzisiaj rozbrojono, o :).

No, to ja wracam do nudzenia się.

niedziela, 15 listopada 2009

Epitafium dla Kabanosa

... i Pamflet na Kanalie.

***

Jest 11.11.2009. Polskie swieto narodowe, czyli moje imieniny. Z tejze jakze rzadkiej w Turcji okazji, pozwolilem sobie na drobna imprezke integracyjna dla wszystkich Erasmusow + paru Turkow, wszystko przy tureckim alkoholu narodowym tj. wodce İstanblue, winku 'Bir adana, bir bedava!' ('Jedno kupujesz, jedno gratis!') i piwie Efes.
Nie myslalem o niczym innym jak jedynie o celebracji naszego swieta narodowego. Jakie wiec bylo moje zdziwienie, kiedy czesc Polakow, Slowacy, Litwini i Emre*, wchodzac do domu, wreczyli mi prezent.
-No jak toto? Co ja mam sie z tym przespac, czy od razu pod respirator lepiej podlaczyc?
-Bir adana, bir bedava!
-Ke?
-No trzymaj i nie malkontentuj.
-Dobra, jak se chcecie.
Pare minut pozniej, zazyczyli sobie publicznego rozpakowania prezentu.
Dziwny papier mieli. Taki jakby plastikiem podklejony. Rozowy. Z kokarda z tego papieru ulozona. Wlasciwie nie tyle kokarda, co bardziej taki wachlarz, o. Wymaga troche wiecej sprytu, ktory na szczescie w stosownym momencie posiadalem.
Otwieram paczuszke. W niej pudlo. W pudle scisnki gazet.
No i kaza szukac w tych gazetach. Posrod cytryny, tampona, fajki, kasztana, prezerwatyw, manadarynki, zelkow, chusteczek, Alca Seltzera**, szklanych serduszek i suchej bulki znalazl sie... kabanos.
Zywiecki. Krakow wyprodukowal.
Ten zapach...
Ale nie. Odlozylem go sobie na sniadanko. Tlusciutki, bedzie jak znalazl. Wrocilem do zabawy.

Rano wstaje, pelen szczescia ide do kuchni przyszykowac sie nalezycie do pierwszej od trzech miesiecy swinki przerobionej na kabanoska. Przygotowalem wiec talerz. Nastawilem wode na herbatke. Chlebek pokroilem i maselkiem posmarowalem. Nastepnie herbate zaparzylem. Poslodzilem.
Ide do pokoju. stawiam na stoliku talerz. Kubek tez. Podchodze do pudelka. Szukam kabanosa.
Szukam. Szukam. I znajduje. Puste opakowanie.
Nadal szukam. Wywalam wszystko na ziemie. Moze sie wyslizgnal? Znowu cytryna, suchy chleb, prezerwatywy, tampony i kasztan. A kabanosa ani sladu.
Do dzisiaj nie wiem kto mi go zjadl.
A naprawde chcialem go sobie zjesc.
Czy nawet w Turcji nie moge w spokoju zostawic swoich rzeczy we wlasnym pokoju na wierchu, zeby za moment nie zniknely?
Nie, nie znalazl sie. A szkoda.

PS Jakiekolwiek pogloski o tym, ze kabanos byl produktem zbozowym, spotkaja sie z moim niewymownym uniesieniem, Maju ;).




* Mniejszosc turecka tegoz zgromadzenia.
** Zwal jak zwal, nie pomogl z rana.

środa, 11 listopada 2009

UWAGA! PENDRIVE!

Nie tak dawno temu, bo wczoraj, i nie tak daleko od miejsca mojego pobytu, bo może z 700 metrów, odbyły się zajęcia, które z pewną dozą prawdopodobieństwa wpłynęły w sposób znaczący na opinię o mnie.



***



Powróćmy wszyscy pamięcią do naszych kochanych zajęć spod znaku „Business English”. Nie mam już sił spisywać wszystkich lingwistycznych nowinek i cudeniek. Tym razem opiszę, jak można zmienić opinię o sobie, i to bynajmniej nie przy użyciu języka mówionego, a pisanego.

Jest sobie prezentacja wprowadzająca nas w tematykę „Writing a business plan”*. Była kiepska, bo za szybka i kompletnie niezrozumiała, to wszyscy wiemy. Lecz nie o tym my tu, a o tym, że mi się... strasznie... spodobała. No dobra, grafika mi się spodobała: takie jakby promienie słoneczne padające z lewego górnego rogu. Delikatne, subtelne, łagodnie wplatające się w ciemny błękit tła prezentacji. No miodzio po prostu, nic, tylko uczyć się to robić i doprowadzać do perfekcji.

Pomyślałem więc sobie: poproszę Ahmeta o pomoc**. Sam nawet zapytał na koniec prezentacji „Czy są jakieś pytania?” to i owszem, odparłem, że są, i zapytałem, czy mogę sobie to cudeńko przywłaszczyć. „Spoko, ziom” - odparł Ahmet.

Wszyscy rytualnie się pośmialiśmy (niektórzy trochę za długo), po czym wstałem i skierowałem swe kroki ku katedrze. Po wejściu nań, podpinam pendrive i...

Po pierwsze, wyświetliłem zawartość pena.

Po drugie, projektor był włączony.

Po trzecie, na lapku widziałem zawartość tego pena.

Po czwarte, ergo - wszyscy ją widzieli.

Trzy pozycje. pmp_usb, oraz dwa foldery.

„Niezbędne na penie”

I „Erotyka”***. 

Zachowując kamienną twarz zminimalizowałem okienko z dyskiem, otworzyłem My Computer, przekopiowałem pliczek bez przywracania okna, wyjąłem pena bez usuwania go bezpiecznie (na Viście wiązałoby się to z zamknięciem okna), po czym oddaliłem się od lapka.

Schodząc z katedry, czuć było... delikatną zmianę atmosfery.


Jak to się tam znalazło, zapytacie? Historia nieskomplikowana, stworzycie ją z powodzeniem sami, szczególnie, jeżeli powiem, że miałem czynny udział w umiejscowieniu tego folderu pod taką a nie inną nazwą na mym flashu :)****. 


Morał: zawsze dwa razy pomyśl przed wprowadzeniem w życie spontanicznego pomysłu.

Have fun :).






* Nadmienię jeno, że odczytana tak jak napisano.

** Ahmeta-prezentera, nie Ahmeta-hydraulika.

*** Brzmi wystarczająco międzynarodowo, nie?

**** Jestem tylko samotnym facetem, daleko od domu, no!

niedziela, 27 września 2009

Tymczasem przenieś moją duszę utęsknioną, Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych...

Na wspomnienia mnie wzięło, więc sobie Linkin Park „In the end” puściłem. Pierwsza piosenka pierwszego zespołu, który uwielbiałem jako pierwszy.

Ogólnie zaduma mnie łapie coraz częściej. Ostatnio zatęskniłem za trochę bardziej polskim jedzeniem (czego owocem były kuchenne podboje z poprzedniej notki). Naprawdę jednak w tej chwili tęsknie za jesienią. Polską, złotą... chciałoby się rzec: normalną jesienią.

Nie jest to dlatego, że od lat sobie obiecuję, że pojadę w Bieszczady jesienią, a tu się trochę wynudziłem, czekając na zajęcia. Nic nie mają do tego zdjęcia rodaków na nk, albo rozmowy z nimi. Nie uwierzycie chyba, jakie trzy przedmioty w taki nostalgiczny nastrój mnie wprowadziły.

Pierwszy był liść. Lekko pożółkły liść jabłka, które w swoim czasie kupiłem na bazarze. Bóg mi świadkiem – idealna żółć jesienna.

Drugi był facebook. Kiedy otworzyłem tam Puszkę Pandory (aplikacja, która umożliwia wylosowanie nieomal dowolnego przedmiotu, uczucia, człowieka itp.), wylosowałem... wiewiórkę. Szarą. Z orzeszkiem.

Ale wszystkim dobiła mnie szyszka. Zrozum, Panie Czytelniku: pośród Gór i Wzgórz, pośrodku Stepu, na Betonie przy Akademiku... SZYSZKA. Jak sobie przypomnę moje radomszczańskie lasy, kiedy pacholęciem będąc brykało się po nich z harcerzami, obrzucając się szyszkami i wywalając na cztery litery na śliskich opadłych liściach... 

Tak, tęsknię.


***


Muezini lub ezini. Różnica bierze się z arabskiego, gdzie „m” dodaje się dla osób. Samo „ezin” jednak nie wiem co oznacza. Wiem, kogo oznacza, i wy pewnie też.

To jest ten koleś, który codziennie pieje ile fabryka dała w mikrofon na szczycie minaretu,wieży tak charakterystycznej dla muzułmańskich meczetów, jak...

No właśnie, tu słówko. Chrześcijanie minaretu nie potrzebują. Konstrukcja ta swoje początki ma w wysokich punktach, takich jak drzewa czy wzgórza, z których zwoływano i przypominano raczkującym muzułmanom, że się mają pomodlić. Ponieważ w miastach trudno o naturalne wywyższenia, a ponadto były to miejsca nadzwyczaj głośne, trzeba było zacząć budować odpowiednio wysokie punkty, aby wszyscy wierni wiedzieli kiedy mają się modlić. Albowiem muzułmanie pory swych modłów mają regulowane takim ścisłymi terminami jak „zachód słońca”, a więc przez pory dnia, a te codziennie się zmieniają, a więc i codziennie muzułmanie modlą się o różnych godzinach. Obecnie można (na pewno w Turcji) spokojnie kupić (a zarazem nie można nie kupić) kalendarza z wyrywanymi karteczkami, na którym każdy dzień ma wypisane dokładne godziny dla każdej modlitwy, z uwzględnieniem naturalnie tego, ze słońce kiedy indziej zachodzi w Stambule, inaczej w Afyon, Ankarze czy Konyi, a jeszcze inaczej w Trabzonie.


Dlaczego więc muezini umierają?

Niechaj mnie znienawidzą wszyscy kochający Bliski Wschód i jego Orientalizm, ale... na litość, po dwóch miesiącach mi się oni troszkę okropnie osłuchali. Teraz, każde to ich przeciągane w nieskończoność „AaaaaaaaaaAaaaaaaAAAAAaaaaAAAAaaaaaAAAAAaaaaaaa” brzmi, jakby byli w ciężkiej aaaaAAAaaAAAAaaaaaaAaagonii. Nie mogę już dłużej z nimi i tyle :).


***


Ale niech sobie chwalą Boga. To nawet swój urok ma. Na pewno miało dla ludzi w czasie ramazanu, kiedy wieczorna pieśń ezina obwieszczała, że słoneczka już nie ma i można jeść. Miałem to szczęście, że akurat na jedną z takich kolacji zostałem zaproszony przez koordynatora programu Socrates/Erasmus do jego domu.

(To dawne dzieje w sumie, chciałem je opisać wtedy, gdy miały miejsce, ale teraz dopiero pozwala mi na to bloger. - edyt. przyp. krogulczas)

Jadę sobie z Abdulkadirem (tak ma na imię), bo się zaoferował, że podrzuci mnie na iftar caderi – taka stołówka bezpłatna, rozstawiana na czas ramadanu, a sponsorowana przez władze miasta; wpadają tam i biedni i bezdomni, a także urzędnicy i policjanci. Po prostu, kto chce, może za darmo najeść się do syta (a pamiętajmy, że cały dzień nic nie jedli i nie pili...)

Jadę. Ledwo w sumie wsiadłem, Abdulkadir mówi do mnie „Co też ja sobie myślałem, że nie zaprosiłem Barhta (tak słyszą moje imię, przez moje felerne „r” :)) do nas na kolację? Barhta, jeżeli chcesz, zapraszam cię do siebie, bądź mym gościem”. Nie sposób odmówić ;).

Podaruję sobie opis domu, żywiołowości dzieciaków czy dostojnego spokoju dziadka, a przejdę do samego posiłku.

Bo oni mi tam Wigilię normalnie urządzili, a nawet w Wigilię nie jestem taki pełen, jak tam byłem. Tak naprawdę, to porównanie ma dodatkowe dno. Otóż, każdy dzień ramadanu jest dla muzułmanina dniem wyjątkowym, dniem, który spędza z z najbliższymi, a każdy dobry uczynek w czasie ramadanu jest liczony dziesięciokrotnie więcej na Sadzie Ostatecznym (lub czymś na jego pokrój).

A ja się tymczasem na poważnie bałem, czy za chwilę nie spojrzę ponownie na to, co przed chwilą jadłem. Niby nic szczególnego, ani nawet porcje nie były jakieś przesadzone, ani też kurczak, frytki, surówka z pomidorów czy podsmażana zielona fasolka nie mieszczą się dla Polaka poza pojmowaniem.

Ale deser...

Jeeeezu, jaki on był sycący! Za ChRL nie pamiętam jak się to nazywało, ale jeeeeezu, jakie to było dobre! Takie wilgotne ciasto francuskie, które w ustach zamieniało się w krem, azali był to krem, który miał konsystencję ciasta francuskiego? I jeszcze z bananami gdzieś tam wmieszanymi... Jeeeeeezu!

Podano potem... drugi deser. Baklawę. Baklawy już jednak wdusić nie mogłem. A, słówko o baklawie – o, ubodzy w wiedzę! Kto wpadł na pomysł nazywania „chałwą” tureckiej baklawy! Tej chałwy, którą my znamy, nie znajdziecie w Turcji. Baklawa i chałwa to nie są zamienniki! Chałwy nigdy nie lubiłem, a baklawę, gdyby nie odrobina zdrowego rozsądku, mógłbym jeść godzinami.

Na zakończenie tylko szybka herbatka (a właściwie trzy, które trwały godzinę) i Abdulkadir odwiózł mnie do akademika.


***


Tą notkę chciałem zamieścić naprawdę dawno temu, bo dobre trzy tygodnie temu. Teraz dopiero jednak przeszła korektę, co chciałem to dodałem, bloger działa, i można publikować.

Jutro prawdopodobnie wyprowadzam się do mieszkania gdzieś w centrum miasta. Jak się tylko urządzę, to ląduje na blogu kolejna notka. Bardzo możliwe, że o pierwszym dniu roku akademickiego, bo jutro się takowy zaczyna :). Trzymajcie kciuki!

sobota, 26 września 2009

Kuchnia od kuchni

Tavuk a'la Krogul (Kurczak po krogulczemu) przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.

***

Jak już wspomniałem poprzednio, gotowałem po raz pierwszy w tym przybytku. Cholera, ja tutaj już prawie dwa miesiące siedzę, a dopiero teraz się za to wziąłem! 

Ale mnie się zwyczajnie zatenskniuo za normalnom, polskom kuchniom.

Poszedłem więc do tej kuchni. To był pierwszy błąd. Otóż: tą kuchnią przez całe wakacje, a szczeólnie przez ostatni miesiąc, zajmowali się wyłącznie faceci. Nieważne, że Turcy, chociaż to pewnie też ma pewne znaczenie.

Trzeba bowiem powiedzieć o czystości w Turcji to, co już zostało powiedziane, a więc powtórzyć: Turcy to syfiarze. Śmieć się na śmieciu ze śmieciem wala, a Turek jedynie radośnie dokłada na kupkę.

Jak więc prezentował się widok tej kuchni?

Schnące bochenki chleba zostawione na wierzchu.

Obierki po pomidorze i ziemniakach zostawione na stole, kuchni i umywalce.

Brak dostępu do ciepłej wody.

Niezalany garnek po jajecznicy, którą mi serwowali od trzech dni...

Ubite muchy (!) na jedynej (!!!) ścierce* dostępnej w kuchni (!!!!!).

Gnijące na kuchence skorupki po jajkach.

A, jeszcze dzieci i gęsi włążące do kuchni.


***

Niezrażony tym, zrobiłem swoje. Drowning Pools, Iron Maiden, Rammstein i Lady Gaga puszczone w głośnikach. Można zacząć.


Najpierw trza było trochę ogarnąć.

Trochę szatkowania, trochę tasakowania (fajna zabawka swoją drogą :D ), trochę pożyczenia cebuli i ziemniaków i ich obrania i składniki gotowe.


Składniki Tavuka a'la Krogul:

- 2 udka kurczaka (jak macie piersi z kurczaka to brać je),

- 2 pomidory,

- 1 papryka czerwona,

- 3 papryczki a'la jalapenos, ale w ogóle nieostre; papryczki, po prostu,

- 1 cebula,

- świeża (z braku świeżej - nieświeża też się na da :) ) nać pietruszki,

- przyprawy: sól, czarny pieprz, słodka papryka (zmielona), czerwona papryka (skruszona [u nas się tego nie znajdzie]), tymianek, 3 goździki,

- ziemniaki i kalafior jako serwowane dodatkowo.

Najpierw marynujemy kurczaczka w oliwie z oliwek. dajemy wszystkie przeprawy jakie podano, wedle uznania. Jeżeli sól mało słona, to dac jej więcej, jak tymianek mało tymiankowy to też go więcej itd.

Jak nam się to marynuje, przygotowujemy się do gotowania, tj. sprzątamy kuchnię, tak, żeby nie wstyd było się poniej poruszać. Dopiero potem obieramy ziemniaki i kalafiora, które wstawiamy razem aż do momentu, aż się rozgotują. Jeżeli komuś się uda nie rozgotować - lepiej dla niego ;).

Potem odpalamy ogień.

Tak, to moja kuchenka.Cztery takie palniki acetylowe się tam znajdują. To białe to nie fajka, jeno papierek, którym posługiwałem się żeby odpalić to cholerstwo, bo nie miałem ochoty mieć przypieczonych włosków na paluszkach. I całej ręce przy okazji. Że o głowie nie wspomnę.

Jakoś tak jak posprzątamy kuchnię i wstawimy ziemniaki z kalafiorem, kroimy warzywa w kostkę, paski lub trójkąt Sierpińskiego. Jak pokroimy, to grzecznie wstawiamy kurczaczka na ogień. Po jakiś 2 minutach dorzucamy warzywa (nie pytajcie mnie dlaczego :P).

No, teraz pozostaje tylko obserwować jak się to wszystko rozwija. 

Efekt:

Fajne, nie? 

A, jak jesteście sprytni, to nie zapomnijcie o maśle do kalafiora ;).

Afiyet olsun!


***


Coś mnie Bloger nie lubi. Ale ja go lubię, mimo, że odmawia mi logowania, a czasem nawet wstępu na stronę logowania.

Jutrzejszy, obiecany tekst o tym, dlaczego muezinowie (lub ezinowie) umierają, i dlaczego muzułmanina w ramazanie to cieszy.

czwartek, 10 września 2009

Ramazan a piwo

Miesiąc ważny dla muzułmanina. Piwo ważne dla Krogulczasa.

***

W ramadanie (w Turcji zwany ramazanem; będę używał zamiennie) praktycznie żyję. Zaczął się w tym roku 21. sierpnia, a skończy się 19. września.

Ci Turcy to niesamowici ludzie są. Miałem już masę sytuacji w tym wesołym miesiącu, które bezpośredni początek biorą właśnie w tym, że mają w tej chwili taki ważny czas w swoim życiu.

***

Dzisiaj chciałem kupić piwo. Pomyślałem sobie: ciężko będzie. Nie dość, że muzułmanie nie mogą piwa pić, to jeszcze mamy ramazan, czyli MAXI-post. Chociaż szyldy z Efesem (a czymże innym) pozostały, to lodówki stoją puste.

Wszystkie. Wszędzie.

Ale Polak potrafi :).

Tym razem postanowiłem się odezwać, zamiast tylko rzucić okiem.

-Bira yok? (Piwa brak?) - pytam.

-Tamam... (słowo, które początkowo znaczyć miało "o.k."; teraz widzę, że używają go jak japońskiego "hai", czyli do wszystkiego) - po czym Pan Turek oddalił się i przeszedł przez drzwi na tyły sklepu. I po chwili słyszę jego głos. I głos jeszcze jednego Turka.

Mówią coś, mówią... Męczy się Krogul męczy żeby dojść - o czym, u diabła,  rozmawiają?

Wychyla się Pan Turek #1. Woła mnie. Idę. Rozgląda się naokoło po tym jak wszedłem.

Wchodzę na zaplecze. Kieruję swe kroki na lewo. Pana Turka #2 brak. Pan Turek #1 otwiera drzwi. Wchodzę do oświetlonego jedną żarówką pomieszczenia. Żarówka mryga od czasu do czasu.

Pan Turek #1 pokazuje mi półkę. Na niej Skarb Narodów, Arka Przymierza i Pierścień Atlantów w jednym: piwo.

Efes.

Kurwa.

No nic. Niech będzie. Dwa biorę.

Przechodzimy do lady. Płacę. Pan Turek #1 pakuje piwa w czarną foliówkę. Coby mu się spodobać, upycham je do plecaka. Uśmiechnięci oboje od ucha do ucha, ja wychodzę, a on... skąd mam wiedziec co robił dalej?

***

O ramazanie jeszcze popiszę. Szczególnie o tym, jak umierają muezini :).

niedziela, 6 września 2009

Przejazd.

Jak wesoło przeżyć na krańcu świata?

***

Najpierw trzeba się na ten koniec świata wybrać. W przypadku braku dostrzegalnych końców świata... No! Niech będzie Afyon. Nada się.

Co prawda ktoś powie, że na żadnym końcu się toto nie znajduje, a jeno na zachodzie Południowej Centralnej Anatolii, lecz dajcie mi wiarę choć ten jeden raz: będzie dobrze, będzie śmiesznie, będzie fajnie.

Możecie nie wiedzieć czego się spodziewać. Słusznie. Ja sam nie wiedziałem czego się spodziewać.

***

Zacznnij więc w przyzwoitym punkcie. Np. na terminalu autobusowym. Przyjechaeś tam taksówką, wynegocjowałes za nią przyzwoitą cenę 15 lir (ok. 30 złotych). Masz bilet za 19 lir. Po drobnych opóźnieniach  (25 minut łącznie), jedziesz. Po 5 minutach zatrzymujesz się na stacji BP, bo autobus musi zatankować.

Tu warto wspomnieć o niesamowitej tureckiej odwadze. No bo tak: żeby takiego busa zatankować, to trzeba mu kabel do baku załadować. A co, że jeśli kabel jest krótki? No wtedy trzeba jechać do przodu, aż się znajdzie wlew baku.

Co z tego, że kierowca za 1,5 metra walnie w drzewo?

Co z tego, że za 1 metr walnie w faceta żywcem wyciągniętego ze "Świtu Żywych Trupów"?

Co z tego, że facet żywcem wyciagniety ze "Świtu Żywych Trupów" za chwilę zostanie rozjechany? Fajke ma.

Pozerstwo i demonstracja siły celem priorytetowym. No i fajkę trzeba dokończyć. Przed śmiercią.

***

Krajobraz dopisuje podczas podróży, bez dwóch zdań. Można spodziewać się takich widoków. Sympatycznych, pogodnych, z odbiciami okien... Ekhm... Sympatycznych i pogodnych.

***

Na dzisiaj tyla. Jutro napiszę conieco o kampusie, o panach ochroniarzach, o tureckiej wsi i pewnym Horyzoncie.

Jak widać, utworzyłem galerię na Picasie. Ile się uda tyle się tam pojawi :).

środa, 19 sierpnia 2009

Dlaczego nie polubię tutejszej muzyki?

To jest proste jak teoria superstrun.

***

Obserwacja #1: Muzyka tutaj jest zupełnie inna. Mówię o tej, którą słyszę w głośnikach we wszelkich lokacjach: samochodach, autobusach, ulicach, szkołach, lokalach i dyskotekach.

Wniosek #1: Przyrównywanie jej do czegokolwiek jest bezcelowe.

Wniosek #2: Jeżeli nikt by jej nie lubił, nie byłaby puszczana. Ponieważ jest puszczan TYLKO ona, wszyscy TYLKO jej słuchają. Ponieważ człowiek ma wolną wolę, można uznać, że słuchają jej z własnej chęci.

Obserwacja #2: Turcy wyrażają sie o niej pochlebnie. Tematyka nie jest skomplikowana. Rozmawiałem akurat wieczorkiem z jednym Turco-simpatico, w tle leciała muzyka. Na pytanie: "A o czym on właściwie śpiewa?" Turco-simpatico z rozmarzonym wzrokiem wbitym w niebo, odparł "O tym co zawsze - o miłości..."

Hipotetyczna odpowiedź na pytanie tematu: To nie moja kultura.

***

Chociaż jest to odpowiedź więcej niż oczywista, zacząłem się nad nią dzisiaj głębiej zastanawiać w autobusie, będąc drodze na uniwerek i odrabiając zadania domowe.

Tutaj nie uświadczę cięższego brzmienia Three Days Grace, Iron Maiden, Disturbed. Żadnego metalu, punk rocka czy hardcore. Rap, hip-hop czy nu-rock to tu jedna ryba. Santana i Metallica są tu w jednym worku.

Moim zdaniem to dlatego, że taka muzyka w Turcji dopiero się rozwija. Jest trendem młodym w społeczeństwie, które od wieków piętnowało indywidualizm, ceniąc dostosowanie sie do grupy (głównie rodziny). W krajach Zachodu za to od dziesiątek lat widać nieustanną dążność do tworzenia czegoś, co wybije jednostkę ponad tłum, zwyczajność, codzienność i powszechność. Europa ma z tym wieloletnie doświadczenie kulturowe, Turcja dopiero raczkuje.

Dlatego też nie pozostaje mi nic innego, jak spróbować poznać O CZYM śpiewają. Tak jak u nas liczy się forma przekazu (ciężko, melodycznie, drmatycznie, z gracją, poetycko itd.), tak tutaj sama idea śpiewania o własnych uczuciach jest czymś zupełnie nowym. Nieważne, jak. Ważne, żeby śpiewać i grać, tworzyć i odkrywać, otwierać się i poznawać swoje wnętrze od zupełnie nowej strony.

Tak jak to widzę. To tylko hipoteza. A jak Wy uważacie? Z czego jeszcze może wynikać zupełnie inne podejście do muzyki w innej kulturze?

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Internet. Medium. Wiedza. Świat. Wolność.

Problem pojawia się wtedy, kiedy nie idzie z niej skorzystać.

***

Po pierwsze, primo: Jak do tej pory obraz Europy Zachodniej jest dla mnie zatrważający. Jak do tej pory zostałem poproszony o hackowanie (bądź też robiłem to z własnej, nieprzymuszonej woli, ew. przymuszony okolicznościami) komputerów w językach:

- tureckim (szt. 2)

- fińskim (szt. 1)

- włoskim (szt. 1)

- czeskim (szt. 1)

W każdym wypadku chodziło o uzyskanie dostępu do Internetu.

Najbardziej podobały mi się z tego wszystkiego tureckie klawiatury.

Drobna uwaga dla niewprawnego oka:

- "i" to nie "i"

- shift+2 to nie "@"

- shift+3 to nie "#"

Dodatkowo, te, na których pracowałem (ooo, błogosławiłbym powyższą):

- "." to nie "."

- "," to nie ","

- """ to nie """

A innych dowcipów nie pamiętam. Zaprawdę powiadam wam - klawiatura turecka jest gorsza od Efesa. Takie rzeczy istnieją. Może jeszcze się kiedyś takie znajdą ;).

O fińskich cudeńkach niczego mądrego nie wymyślę. Tam działałem z pamięci, bo problem był ten sam jaki miałem u siebie. Co chwila tylko pytałem, czy te kropkowano-kreskowane literki przypominające kopulujące żyrafy to "właściwości", "dodaj", rozłącz" czy też "sieci bezprzewodowe".

Włoski nie był skomplikowany. Chodziło o zainstalowanie jakiegoś klienta torrenta. Łatwizna. "Avanti" jako "kontynuuj" zapadło mi w pamięć :). Potem tylko objaśnić pokrótce o co chodzi z torrentami*, i Matiaa był szczęśliwy z transferem porównywalnym do prędkości wypiętrzania się Himalajów w skali roku.

Czeski szło zrozumieć ;).

Może kiedyś trochę szerzej napiszę o tym, jak to się stało, że YouTube'a w Turcji nie uświadczysz. To będzie porywająca historia o nienawiści i miłości, bitwach i bataliach, dumie i dupie, a wreszcie (bo jakżeby inaczej) o Ataturku.

Jak macie jakieś ciekawe doświadczenia z dnia dzisiejszego, to chętnie sobie o nich poczytam ;). Śmiało! Zapraszam do komentowania.

*o! nauczyciele mego angielskiego! wybaczcie za gramatyki, jakich wtedy używałem**!

**W sumie, wybaczcie mi za moją gramatykę non-stop. NON-STOP. Tu się inaczej nie da, aniżeli "I to Olympus. I. No. No to Olympus. No. Olympus. No. Money. Back. Back. Money." W formie rozwiniętej, wyglądałoby to mniej więcej tak (przekład z angielskiego):

"Biorąc pod uwagę moje oparzenia słoneczne jakich w przeciągu ostatnich paru godzin się nabawiłem, ja, Bartłomiej Krogulec, powziąłem decyzję następująca, ktorą wszem i wobec ogłaszam, a kieruję ją głownie do Pana, Szanowany Panie Autobusowy Kierowco (dalej, w skrócie: SZPAK).

Nie jadę do żadnego Olympusa. Dawaj pan kasę, bo Panu zapłaciłem jakbym tam jechał, ale tam nie jadę. Money. Back. Back. Money."

SZPAK pokiwał uprzejmie głową i zaczął germańską gwarą gaworzyć. Jakby nie interwencja dwóch simpatico Italiano, to w życiu bym swoich 10 lir z powrotem nie zobaczył.

czwartek, 13 sierpnia 2009

Sto lat młodej parze!

Miałem dzisiaj nie pisać, bo nie mam pomysłu na tą kawę. Jakkolwiek spróbowałem dzisiaj w końcu   jednej, nie było to wystarczającym bodźcem do pisania. Bodźcem było to zdjecie:

Tymczasem jednak zajrzałem sobie wieczorem na nk. Patrzę na główną: kolejne jakieś zdjęcie ze ślubu, pewnie jakaś daleka znajoma się żeniła.

Ale, cholera, nie.

To się Anna Góralczyk z klasy F o profilu humanistycznym z I LO w Radomsku omężyła na młode lata. Przybrała nazwisko Lesiakowska.

Cóż więcej można powiedzieć... Sto Lat!

niedziela, 9 sierpnia 2009

Red Bull Cliff Diving Antalya 2009

Działo się!

***

Od rana jednak nie wyglądało to tak różowo.

Otóż takie niebo zawisło nad Antalyą.

Może i uroczo wygląda, ale potem zaczęło wyglądać tak:

Tak, zapowiadało się na deszcz.

Chociaż równie dobrze mogło nie padać. Sprawa wygląda na dobrą sprawę tak, że takie powietrze jak w Polsce jest wyczuwalne zazwyczaj przed ulewami, gradobiciami, burzami z błyskawicami i piorunami i przed wejściem do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, tutaj jest takie cały czas. Duszno, duchota i wbijanie noża w powietrze.

Istotnie, padało. 

Oto dowód. Spodnie Jana (to brzmi prawie jak całun turyński). Widzita te dwie kropelki? Orzeźwiające.

Zapewne nasz nowy współlokator się ucieszył:

Widzicie, jaki uśmiechnięty? Nasza książka do tureckiego do czegoś się w końcu przydała  i udało nam się Rudolfa (tak się przedstawił, bo ma czerwony nos) wyrzucić przez balkon.

Co z tego, że sąsiadom z piętra niżej :)?

***

Na same zawody dotarliśmy troszkę spóźnieni. Po pierwsze z powodu brudzia z Rudziem (tak Rudolfa przezwałem; stał się jakiś agresywny od alkoholu potem, dlatego wyleciał przez balkon). Po drugie, ponieważ hakierowałem fińskiego acera, żeby koledzy z północy uzyskali dostęp do internetu. Nie wiem jak to zrobiłem, ale jak do tej pory musiałem hakować komputer swój, dwa po turecku i jeden fiński. Działają i w ogóle, ale to śmieszne uczucie majsterkować z pamięci :).

Wracając do zawodów. Z powodu spóźnienia nasze rezerwacje w sektorze VIP zostały skonfiskowane i rozdane ludowi tureckiego ku powszechnej uciesze publiki.

No, może ta jedna babcia nie była zadowolona. Ale reszta bawiła się świetnie. Poza nami.

Zaczęliśmy szukać jakiegoś miejsca, gdzie możnaby cośkolwiek obserwować. Udało się nam całkiem szybko znaleźć nową miejscówkę. Trzeba było stać, no ale w końcu to nie nasza loża dla VIP-ów. Widok mieliśmy całkiem niezły. Widzicie platformę z napisem "Red Bull"?

O, a tutaj nawet udało mi się złapać skok jednego z zawodników. Którego? Mnie nie pytajcie. 

Ale i tak było fajnie. Utwierdziłem się w przekonaniu, że Holandia jest zajebiście drogim dla Polaka krajem, a Polska krajem zajebiście tanim dla Holendra. No bo kto słyszał o piwie za 3,5 euro (cena w Holandii)? A kto słyszał o piwie za o,5 euro (przeliczenie ceny w Polsce)?

***

Na koniec zaś kolejne zdjęcie w stylu "Gorszego Się Na Najlepsze Wybrać Nie Dało":

Ale ja te górecki bardzo sobie upodobałem.

sobota, 8 sierpnia 2009

Relaks miły jest...

... ale się nie da.

Jan zasmrodził cały pokój i myśli, że nie widzę, jak namiętnie wachluje nogami, aby wywietrzyć aromaty spod kołdry. Jeszcze klimatyzacja nawiewa wszystko na mnie.

***

Jeżeli już o zapachach mówię, to nie tylko Jan dostarcza mi pod tym względem atrakcji. Pomijam tutaj również kwestie przepocenia każdego uczestnika kursu językowego.

Otóż należy powiedzieć, że w Turcji nigdzie niczym nie śmierdzi.

Dlaczego jest to takie dziwne? Tutaj wszędzie są śmieci. Wszędzie. Znalazłem nawet drzewo plastikowe. Aż dziw, że nie uprawiają ich na masową skalę.

Zrobiłem jedynie zdjęcie jakiegoś młodego owocka tego drzewa. Przyjrzyj się uważnie.

Niestety, o zdjęciach "kwiatów" (czyt. dziesiątek foliówek przywiązanych do gałęzi tegoż drzewa) nie pomyślałem, żeby im zrobić fotkę. Może przy najbliższej okazji jak będę na starym mieście to się nadrobi (czyli dzisiaj wieczorem).

Smutne to. Żadnych koszy, za to jeden wielki śmietnik. Wypiłeś wodę? Rzuć butelkę na prawo. Zjadłeś batona? Papierek na lewo. Nosek wysmarkany? Można pod siebie rzucić.

To doprawdy niesamowite, uwierzcie mi. Taki kontrast pomiędzy pięknym widokiem morza

Powyżej jest jedyne zdjęcie, które mi się podoba. Może dlatego, że jest jak do tej pory najmniej zepsute. Bo też jest beznadziejne. Pewnie ostatnie tak dobre zdjęcie w moim wykonaniu. Na lepsze nie ma co liczyć.

No, to jeszcze ujdzie

Szczęście nowicjusza, że mi obiektyw cyfrówki w aparacie nie eksplodował.

piątek, 7 sierpnia 2009

Ataturk

To był koleś.

***

Historia Jana, mojego czeskiego współlokatora:

- Szukałem drogi do hotelu, a byłem... sam nie wiem gdzie byłem. Postanowiłem więc zapytać w jakimś sklepiku o drogę.

Kojarzyło mi się, że hotel był blisko jakiegoś Bulwaru Ataturka. Podchodzę więc do najbliższego sklepikarza i mówię mu "Ataturk bulvari, Mahper Hotel?". Turek tak spojrzał na mnie. Wpierw zdezorientowany, potem zdziwiony, a chwilę potem... rozmarzony. 

Turek pochylił się trochę do przodu, spojrzał w górę błędnym wzrokiem i mówi "Ataturk Kemal...". Posiedział tak chwilę.

A potem wyszedł. Marzył może pół minuty, zniknął na jakieś trzy.

I wrócił.

Znowu: Pochylenie, rozmarzenie, "Ataturk Kemal...", posiedział. I znowu wyszedł.

W końcu wrócił i powiedział, żebym zapytał obok. 

***

Ataturk w Turcji jest wszędzie. Tak jak my mamy nad klasami godło z orłem białym, tak oni mają Ataturka. Ataturka spotkasz jako nalepkę na drzwiach, na zegarze, na automacie z napojami, na chlebaku, nawet na kuli do nogi zdarzyło mi się jedną spostrzec. Są z nim kalendarze, terminarze, zeszyty. O pamiątkach nie wspominam. O pomnikach nie trzeba nawet mówić.

Dwa dni temu popijałem sobie piwko z Keramem, Turkiem*. Udało mi się dociec, skąd mamy do czynienia z fenomenem Ataturka w Turcji.

Dwie ważne rzeczy, jakie należy wiedzieć:

- o islamie - to jest to religia pokoju, stawiająca pokój na pierwszy miejscu i dążąca do pokoju dla każdego. 

- o Imperium Osmańskim - prowadzili wojny praktycznie non-stop.

Ataturk sam był dowódcą wojskowym, lecz nie przeszkodziło mu to w obaleniu sułtanatu w 1923. Ponieważ wygrał sporo bitew na krótko przed przejęciem władzy, był powszechnie znany i lubiany. Lecz to dopiero po wprowadzeniu republiki zaczęła się cała zabawa.

Otóż z punktu widzenia Turków, Ataturk to był ktoś, kto przywrócił islam w Turcji na właściwe tory. Do tej pory Osmanie ciągle gdzieś z kimś walczyli (a w XIX i XX wieku to im zbytnio nie wychodziło), podczas gdy przecież islam dąży do pokoju. Ottomanie więc nie byli zbyt dobrymi muzułmanami. Ataturk, który powiedział "nie" wszelkimi wojnom i "tak" wszystkim możliwym reformom, łącznie z równouprawnieniem, modernizacją i europeizacją kraju pod względem wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego i alfabetu łacińskiego, jest postrzegany jako człowiek, który przywrócił islam w Turcji do korzeni, do pokojowej egzystencji.

W Polsce Ataturk jest wrzucony do jednego worka wespół z innymi władcami autorytarnymi okresu 20-lecia międzywojennego. Myślałem, że będę mógł go porównać z Piłsudskim, ale jego fenomen to coś zupełnie innego. Chociaż i Piłsudski  i Ataturk byli marszałkami, to w Polsce tego okresu istotniejszy był fizyczny aspekt egzystencji państwa, a nie duchowy, jak to było w przypadku Turcji. Ataturk odnowił dusze Turków.

A przynajmniej tak to reklamował. Taki już cholera jestem, przykro mi. Jakkolwiek człowiek był wielki, ja rozumiem, że islam jest ważny i jego odnowienie fajną sprawą jest, lecz to pozostanie dla mnie akcją propagandową o olbrzymiej skali. Jest ona jednak na tyle udana i na tyle przyjazna Europie, że jestem pełen podziwu dla efektów. 

Po weekendzie powinno udać mi się wrzucić parę kiepskich i jeszcze gorszych fotek ;).

* Co prawda możecie mówić, że muzułmanie piwa nie piją, ale on nawet nie wiedział kiedy się im ramadan** zaczyna :). Jak sam stwierdził, laicyzacja postępuje w Turcji.

** Okres postu o ruchomych granicach czasowych, trwa ok. jednego miesiąca. Polega na głodówce w ciągu dnia i imprezowaniu po zachodzie.