Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język turecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język turecki. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 stycznia 2010

Istanbul, czyli cz.5

Dzień pierwszy


- Ty, to naprawdę Europa?

- Avrupa? Alla alla! Alabala! Benedykt XVI! Hesiemesie buroki?

- Pewnie. Z ust mi to wyjąłeś.


To był najsensowniejszy dialog, jaki sobie uciąłem po turecku tamtego dnia. Z taksówkarzem, który wiózł moją czarną szanowną dupę do Sisli/Mecideyekoy. Tam, pod Cevahir Alisveris Merkezi (Centrum Handlowym Cevahir) miał mnie odebrać Jan. Tak, ten sam Jan.

Może tak – chciałem złapać jakiegoś stopa, żeby mnie tam zawiózł. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie zaczepił mnie Turko-simpatiko. Nie pamiętam jak miał na imię, ale wiem, że doszliśmy do tego, że tłumaczy się na „silny”. Dobrze, że to nagrałem. „Harkan”. Translator zaprzecza*.

Turcy mają fantastyczny zwyczaj nazywania swoich dzieci od tego, co już istnieje. Więc nazywają swoich synów i swe córy „pięknymi”, „mądrymi”, „horyzontami”, długo wyczekiwanymi”, „tysiącem świateł”, „człowiekiem, który zrobi wszystko”, a nawet „żołnierzem czekającym na wschód słońca”. Oczywiście, jeżeli mamy im wierzyć.

Tylko tyle zapamiętałem z rozmowy z nim (jego imię), więc nie działo się nic więcej. No poza tym, że tak mnie zagadał podczas spaceru, że zrobiło się zimno, nogi mnie bolały po całym dniu, stwierdziłem, że pierdolę i wbijam na taksę. Po drobnych negocjacjach co do ceny, udało mi się w końcu dotrzeć do Europy**.


***


Dzień drugi

„Może to zaznaczę – nie przyjechałem do Stambułu, żeby się nim zachwycać. (…) Nie obiecuję, że z Istanbułu przywiozę jakieś dobre wieści.”

Taki zapis głosowy mam z poprzedniego dnia. Oczywiście mówię to żartem.

Ale każdy żart jest powagą tkwiącą w okowach Wszechświata.


***


Wyobraźcie sobie, że jedziecie do Warszawy z Wrocławia. Przez Gdańsk. I Poznań. I Łódź. W tej kolejności.Taką właśnie trasą, tyle, że po Konstantynopolu, doszedłem do Hagii Sofii.

Ciekawostką jest, że... nie wiedziałem, że jestem przy Hagii Sofii. No bo pardon, ale kiedy ktoś nazywa coś „muzeum” to ja oczekuję muzeum. A tu jest „Muzeum Hagii Sofii”.




To wchodzę do tego muzeum Hagii Sofii. Chodzę, aparat robi co może. Niewiele może.


Wychodzę z Hagii Sofii. Teraz już wiem, że to było to. Tak to przez cały pobyt... nie wiedziałem, czy ja jestem we właściwym miejscu. Kościół Mądrości Bożej, czy nie Kościół Mądrości Bożej? Zapytać się, czy nie? Z zapytaniem wczoraj o to, którędy do Europy to nie miałem problemu. Tym razem, będąc już w środku jakiegoś przybytku, to tak trochę dziwnie by było dowiedzieć się, że jest się we właściwym miejscu. Rozumiecie, prawda?


Kolejny do odstrzału był Błękitny Meczet. Sultanahmet Cami. Z zewnątrz nawet ładny.


W środku to jak każdy inny meczet. Mam swoją teorię związaną z tymże stanem rzeczy. Otóż Błękitny jest zajebisty. Ja tak uważam, każdy tak uważa, też tak uważacie, bo wszyscy tak uważają. Jest bardziej szary niż błękitny, ale to już zostawmy za sobą.

Jak powiedziałem, Sultanahmet wgniata w ziemię po same sutki. Problem polega na tym, że teraz każdy meczet wygląda jak Sultanahmet. A Sultanahmet wygląda jak Hagia Sofia z tymi swoimi kopułami. Został zresztą wybudowany nie tak długo po zdobyciu Konstantynopola (biorąc pod uwagę jego rozmiary). I tu jest teoria: Osmanom nie podobało się, że w ich nowej stolicy, którą zdobywali od setek lat jest taki ładny kościółek. Dorobili minarety, ale to wciąż nie to samo. Więc co robią? To, co każdy szanujący się budowniczy zrobiłby na ich miejscu – zbudował lepsze, wyższe, monumentalniejsze, droższe, w generalnym założeniu przyćmiewające blaskiem to, co już istnieje. Oczywiście nie w jakimś odizolowanym zakątku Imperium, ale zaraz naprzeciwko rywala. I żeby nie było, ze to tylko na pokaz, to jakimś dziwnym trafem od tamtego czasu, każdy meczet (a przynajmniej te, co widziałem, a trochę ich było) ma:

- co najmniej jedną kopułę (Zośka ma tylko jedną, byczą)

- co najmniej jeden minaret (Zośka nie miała wcale)

- co najmniej chujowe wnętrze (Zośka... nie, też jest chujowa)


Wybaczcie, ale taka jest smutna prawda. Z zewnątrz jest to najpiękniej prezentujący się monument jaki w życiu widziałem. Ale wewnątrz to jak każdy inny meczet wygląda. I stąd mój pomysł, ze może... to po prostu wszystkie inne meczety wyglądają w środku tak jak w Błękitnym Meczecie?


***


Dwa dni temu dowiedziałem się, że za tydzień sesja. Słodko. Więc się uczę. O Stambule jeszcze zostało mi do napisania o tylko siedmiu rzeczach, tak jak sobie to teraz kalkuluję, ale może coś się jeszcze doda.

Tymczasem lecę do nauki. Za kopa w dupę do napisania w końcu tej notki dziękuję sadystycznej, acz miłej jak się ją pozna czytelniczce :).


PS Przylatuję 2. lutego !!!!!!!!


* tureng.com

** Nie, nad Bosforem nie mam fajnych fotek. Ciemno było, a jak jest po turecku „prrrr” to nie wiem***.

*** „Stop” to wiem, bo to „dur” jest. Ale tu nie o „stop” na środku mostu łączącego dwa kontynenty mi chodziło.  

sobota, 26 grudnia 2009

Prawie, prawie... cz.4

"Bursa? To już?" - tylko to mi przemknęło przez myśl, kiedy po niespełna dwóch godzinach łażenia po centrum... zobaczyłem wszystko. Stare Miasto nie jest w jakiś sprytny sposób wkomponowane w nowoczesną acz tandetną architekturę. Nie jest wtopione, zakotwiczone, umiejscowione, ulokowane, sprytnie pomyślane/zaprojektowane. Gdyby Apti nie powiedział, że ono tam jest, to bym pewnie przeszedł obok tego wszystkiego.


Yeşil Cami. Zielony Meczet. Już chyba dziesiąty, jaki spotkałem. Można odnieść wrażenie, że budowlańcy podzielili się na dwa obozy na froncie nazewnictwa meczetów - tych, którzy meczety nazywają "zielone" i tych, którzy nazywają je "nowe" (tur. "yeni"). Poza nimi są tylko Aya Sofia (Hagia Sofia) i Sultanahemtet (Błękitny Meczet) w Stambule oraz Ulu Cami (Wielki Meczet) w Bursie.

Ten ostatni był jak do tej najpiękniejszym meczetem, jaki widziałem. Nawet osławiona Hagia i Błękitny razem wzięte mu nie dorównują. Ani monumentalizmem, ani ornamentami, ani nawet pomysłem architektów na samą konstrukcję. Jest piękny, tak jak piękne są delfiny, gwiazdy, szynka albo ja.

W Bursie jest też zamek na wzgórzu. Nie mogę powiedzieć, że niewart wspinaczki, bo nie ejst ani stromo ani wysoko, ale widok nie powala. Ot, panorama jednego wielkiego blokowiska, do tego wieża zegarowa i sześc albo siedem parunasto-funtowych dział, od których zresztą wzgórze nazywa się "Tophane", czyli "Dom dział" w najwolniejszym tłumaczeniu.


***


Bursa zaskoczyła mnie jeszcze jedną bardzo pozytywną poza Ulu Cami rzeczą. Rozkładem jazdy autobusów:

Nigdzie tego nie spotkałem w Turcji, absolutnie nigdzie. Zazwyczaj jest tak, że autobusy, owszem jeżdżą po ustalonych trasach, ale żeby wiadomo było jak te trasy dokładnie wyglądają, to się trzeba osobiście przejechać. Co do czasu, to albo przyjadą albo nie. Albo wejdziesz, albo nie*. Tymczasem tym oto autobusem dostałem się na trasę.


***


I ponownie czekam. Większosć pobytu w tym kraju spędzasz na czekaniu. Czekasz na autobus, czekasz na wyniki egzaminu, na swoje pozwolenie na pobyt, na innego Turka, wykładowcę, kebaba, herbatę, pożyczenie książki, zwolnienie łazienki, skończenie rozmowy, wyjazd z powrotem do domu.

Tym razem poszło to nawet sprawnie poszło. Spacerowałem jedynie 20 minut, a wziął mnie taki sympatyczny Turek, który nawet po angielsku płynnie mówił, a jak z nim rozmawiałem, to przez nawet chwilę nie odczułem takiego typowego znudzenia jak to zazwyczaj się odczuwa po chwili wymiany zdań. Najzwyczajniej w świecie nie mogę wytrzymać dłużej niż pięć minut powtarzania w kółko jdnego i tego samego, aby interlokutor szanowny cokolwiek zrozumiał. Tutaj za to wyjątkowo i rozmowa się kleiła, i nawet ciekawa była. Może dlatego, że w końcu nie rozmawiałem z jakimś wykładowcą, studentem albo sprzedawcą pamiątek?


***


Był na tyle miły, że podrzucił mnie do swojego rodzinnego miasta, Yalovy. Blisko Istanbulu, ale i tak ledwie połowa drogi na lądzie. Co innego... morzem.

I tak oto, za sześć lir wsiadłem na pokład promu, który miał mnie przewieźć do Pendik. To jeszcze po azjatyckiej stronie jest. Zdrzemnąłem się na chwilę, i nawet nie zauważyłem jak dobijamy do brzegu. I chociaż nadal czuć Azją było, to już jednak takie obrzeża Stambułu były...


***


Jutro - wstęp do Stambułu, czyli oopowieść o jeszcze większej ilości autostopów, chujowej pogodzie, pucybutach, złodziejach, zagubieniu i miłości. Stay tuned, folks!



* chociaż zazwyczaj panowie kierowcy nie widzą niczego złego w dorzuceniu jeszcze dwóch osób, czym w magiczny sposób zwiększają dedykowana przez konstrukcję pojemność dolmusa... no, tak o 100% - na każdego, który może być, przypada zawsze drugi, który za żadne skarby kompresyjne się tam mieścić nie powinien. Ale nie jest powiedziane, że nie może, nie?

środa, 16 grudnia 2009

Stopem do Europy, chapter 2

Eskişehir. "Stare miasto" w tureckim. Znane z Meerschaum, czyli takiego śmiesznego, białego kamienia, z którego robią w Turcji fajki. Z czasem ponoć zmieniają kolor, przybierając kolory żółci, brązu, a czasem nawet brudnej czerwieni. Zapamiętajcie - stare fajki wyglądają jak drewno. Kiedyś w Antalyi widziałem jednego takiego dziaduszka siedzącego przed kawiarnią, jak sobie taką fajeczkę pykał samemu, a nowe, bielutkie sprzedawał. 

Pomimo, że z tego kamienia nie robią właściwie niczego poza właśnie fajkami, to jednak rząd turecki zakazał eksportu tego materiału. Chcieli w ten sposób zapewnić sobie monopol na produkcję tych fajek, bo to właśnie w Turcji najwięcej się go wydobywa. Może tak - jak go znajdziecie gdziekolwiek indziej, to macie farta. W okolicach Eskişehiru jest tego tyle, ile piasku na Saharze.

No, zapomniałem wspomnieć tylko o Anadolu University. Ale co ja będę pisać o tym, że z jednego końca na drugi idzie się godzinę*, ma ok. 1,5 miliona studentów rozsianych po całej Turcji, i japoński ogród. Nie, to by zajęło zbyt wiele czasu, aby to zgłębić :).

I... to jest wszystko co można o Eski powiedzieć. Mieszkałem na końcu miasta, blizej właśnie uniwerku, u Litwinki poznanej w Antalyi. A wszystko warte zobaczenia było daleeeko daaaaalej, na jego drugim końcu.  Zresztą, ruiny zamków to ja w Polsce mam, meczety są wszystkie takie same, a tureckiej przyjaźni mam pod dostatkiem. Przyszedł czas na ruszenie w drogę.


***


Tu może nie było ciężko. Było za to zimno. Trzeba było wrzucić na siebie wszystkie dostępne warstwy swetrów (sztuk: 1), polarów (sztuk: 1) i kurtek (sztuk: 1) aby jakoś wystać. A że Prawa Murphy'ego są wiecznie żywe, ledwo naturalnie się ubrałem w minucie 57 mojego oczekiwania, w minucie 62 pojawił się życzliwy Ali, rodowity Bursanin, który akurat wracał z Włoch.

Oboje staraliśmy się jakoś dogadać - ja po polsku, on po włosku. Pozytyw tego taki, że słowem, jakiego się nauczyłem, było "domuz", czyli wieprzowina.

Generalnie jednak muszę stwierdzić, że dogaduję się z byle Turkiem coraz lepiej. Nie tylko rozumiem większość tego, co do mnie mówią, ale nawet jestem w stanie jakoś odpowiedzieć. Głównie "tak, nie, nie rozumiem", ale zawsze to miło zobaczyć ten bezcenny uśmiech. Turcy naprawdę cieszą się słysząc swoją ojczystą mowę z ust yabanci ("obcego", używane jako "obcokrajowiec"). Często jednak, gdy rozmawiam o języku i porównuję go do polskiej mowy, widać na twarzach grymas czegoś pomiedzy rozczarowaniem, zażenowaniem, wstydem i odrobiną rozsierdzenia, kiedy im mówię, że turecki jest prosty. Ba, dużo prostszy od polskiego, bo podobny, lecz bez masy zabawy z rodzajnikami, nieskończoną liczbą końcówek fleksyjnych*, wymową daleką od pisowni***... i w ogóle. 


***


Na teraz starczy. O samej Bursie w następnej notce.



* Właściwie... to nie dotarłem do końca. Zwątpiłem. Wy też byście to zrobili.

** To takie coś, co pozwala powiedzieć "córuchniuniuniuniuniuniunieczka" zamiast "córeczka"... chociaż oczywiście brzmi głupio. Ale Keremowi z Antalyinaż się oczka zaświeciły, jak to mówiłem.

*** A myśleliście, że "malacz" to skąd się wziął, jak Anglik przeczytał na głos "maluch"?

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Stopem do Europy cz.1

Afyon -> Eskisehir, czyli pierwszy odcinek własnej prywatnej wyprawy autostopowiczowej.


Gdyby nie ta tabliczka, byłoby ciężko.


***


Jest poniedziałek, ok. godziny 11.00. Zaczęło się nieźle. Wyszedłem na drogę zaraz obok kampusu, biegnącą na Eskisehir. Ledwo rękę wystawiłem, już się pierwsza tirówka zatrzymuje. Na rozgrzewkę opanowana do perfekcji formułka "Selamünaleyküm! JestemPolakiemsłaboznamtureckiEskisehirmozepanowie?"*.  Oni mi "tamam!" i można jechać. Ładuje się do środka, a tam Ahmetrio. W sensie trzech Ahmetów. Jeden był chyba Osman, ale kolejne głowy to na pewno Ahmety.

Pełen szczęścia, doczekać się dojazdu do Eski nie mogę. Ta mieścinka jest położona zaledwie o 120 klocków od Afyon, więc półtorej godziny i powinienem tam zawitać.

A tu mi się Ahmeciarnia zatrzymuje.

Pytam "O co kaman, Osman? Deal przecie był!"

"A wsadź se tam gdzie lubicie w Polsza tego deala, my skręcamy w prawo, haha! Ale spoko, tu masz drogę dalej na Eski. Coś znajdziesz. Prędzej czy później."

To wysiadłem. I widziałem, jak odjeżdża moja tir... śmieciarka. No świetnie. Nic dziwnego, że radio tranzystorowe, że Ahmety śmierdziały i nie było browarów w lodówce. Złapałem śmieciarkę na stopa.


***


Tu zaczęła się ta mniej przyjemna część. Bynajmniej byłaby nieprzyjemna, gdyby nie moja nowa zabawka - dyktafon w komórce. Kiedyś się śmiałem z tego rozwiązania, ale teraz jak sobie odsłuchałem raz, drugi i trzeci notatek z poszczególnych dni, naprawdę - dużo więcej da się napisać. Już nieraz miałem tak, że chciałem całą notkę zbudować w oparciu o jakąś myśl, która mi wpadła do łba ot! tak. I z równym impetem porykoszetowała trochę, dziury w pamieci zostawiła, i poszła w cholerę. Tymczasem z dyktafonem to, co powiedziane, jest już tam na amen :).


***


Odsłuchuję sobie teraz co to się ze mna działo. Podsumujmy fakty:

1. Był poniedziałek, zaraz po długim weekendzie wielkiego święta religijnego, a na wszelkie święta Turcy jeżdżą z i do rodzin na krańcach kraju zamieszkałych.

2. Samochody były tym samym wypełnione po brzegi.

3. Szedłem sobie dobre 2 godziny przed siebie, zanim coś złapałem.

W czasie tych dwóch godzin najmilej zapadł mi w pamięć kontakt trzeciego stopnia z (no z kimże innym?) Turkami.

Spotkanie z nimi podsumowałem na nagraniu w słowach następujących:

"Sobie kurwa pielgrzymkę zafundowałem... Przed momentem spotkałem takich fajnych kolesi. Siedzieli sobie w mercu, zawołali mnie tam. Znaczy zawołali... coś tam pierdzielili; zapytali dokąd jadę i w ogóle.

Ja im powiedziałem, że Polak jestem; że waszego głupiego tureckiego nie znam; że trochę go znam w najlepszym wypadku."

"AAA! Polak, panie! Masz pan Polak przejebane, bo autostop to chujnia z grzybnią. ALE! za pół godziny... Czekajcie ... Chuje... ALE! za pół godziny przejeżdża tędy autobus! No, to panie masz ten autobus za pół godziny złapać."

"No spoko... Chętnie bym mu powiedział, że autobusy to zazwyczaj są pełne już... no ale no! nie będę się kłócił. Może się uda ten autobus złapać."

Poza tym widziałem wypasane krowy. I owce. I osły**. I siewców! Łooo! Siewcy byli spoko.

A tak to bite dwie godziny NIKOGO. Można odnieść wrażenie, że Turcy są fantastycznie gościnnymi ludźmi***. Szkoda tylko, że najpierw musisz się doczłapać do ich domu. Żeby cię samego do domu zabrali, bo widzą akurat strudzonego wędrowca, to już ciężej.

Lecz ja to ich nawet rozumiem. W zeszłym roku mieli dość nieprzyjemną międzynarodową aferę. Włoska artystka łapała stopa w Turcji, będąc przebrana za pannę młodą. Została zgwałcona i zamordowana. Tym niby tłumaczą swoją niechęć do autostopowiczów, lecz szczerze wątpię, żeby tak twardogłowy naród aż tak bardzo wziął sobie do serca jedną autostopowiczkę.


***


W końcu jeden Turek poleciał na moją seksi tabliczkę, którą widać u szczytu, a której nie miałem ze sobą na początku. Znalazłem tą tekturę dopiero po drodze, więc nawet dobrze, ze się trochę przespacerowałem :). W końcu mogłem jechać do Eskisehiru...

C.D.N.


***


Póki co przepraszam za tak późną godzinę publikacji. Odsłuchiwanie tych materiałów zajęło mi więcej niż się spodziewałem - przegadałem dobre 2 godziny, 13 minut, i sekundę. Sam do siebie. Coś chyba ze mną nie tak...



* Im mniej wdechów tym lepiej jesteś w tym kraju zrozumiany.

** W życiu nie widziałem wypasanego osła. Dziwne doświadczenie.

*** Bynajmniej jako tacy się reklamują.

niedziela, 29 listopada 2009

Qurban

Taki opłatek turecki. Tylko, że z krowy.


***


Kiedy przyjdzie 10 dzień miesiąca Dhul Hijja, na Ibrahima pamiątkę postąpisz tako, jako przykazano. Inaczej uczynisz - luz, bracie. Wtedy jednak radzimy poczynić sobie rezerwację w piekle, niewierny!

Albowiem weźmisz czarnom, białom, czarno-biołom, brązowom, bądź jakąkolwiek stworzoną z genetycznego tygla mućkem, czy jej się to podoba czy nie. Lepiej prosić o przebaczenie niż o pozwoleństwo, więc bierzesz ją. Siłą. W sensie, nie siłą ją weźmiesz... po prostu, miej ją pod jedną z rąk swoich.

W drugą rękem nóż weźmisz. Mućkem zarżniesz, jako Ibrahim chciał syna swego w Boskie imię zarżnąć. Tyle, że krówce nikt nie przyjdzie z owcą na zastępstwo.

Krowę podzielisz na trzy części. W miarę równe. Mierzyć, ważyć, celować czy też strzelać możesz przy pomiarze. Ślepota, zez czy schizofrenia - nic cię wytłumaczyć nie może, bowiem świetym twym obowiązkiem jest pokroić mućkem na części trzy.

Część pierwszą zostaw sobie. Logiczne, nie?

Częśc drugą oddaj swej rodzinie, coby się nie czepiali; sąsiadom, coby się nie czepiali; przyjaciołom najbliższym, bo przyjaciel zasługuje na trochę wdzięczności raz do roku.

Część trzecią daj biednym, bezdomnym, chorym i studentom. Im też się należy coś od życia.

Krowem jeść będziesz do 13 dnia miesiąca Dhul Hijja. Jak krowam się skończym, to idź se po czipsym, żarłoku. 10 dnia miesiąca Dhul Hijja co prawda sklepów może nie znajdziesz czynnych, ale później powinno być lepiej.


***


Piszę głównie dlatego, że trochę mięsa dostaliśmy :). Fajny gulasz z niego wyszedł.

Na poważnie jednak, to naprawdę piękna tradycja. Trochę ewoluowała z czasem, bo spotkałem się również z inną wersją tego trzeciego kawałka. Zamiast szukać jakichś biedaków czy innych studentów, to po prostu Turcy wpłacają +/- tyle, ile by była warte tyle mięsa na konta organizacji charytatywnych. Oczywiście, nie wierzę, że wpłacają tyle, ile jest warte np. 100 kg wołowiny, bo to naprawdę niezła fortunka, szczególnie w Turcji.

W Polsce przy dobrych wiatrach w przeciętnym spożywczaku ile byśmy zapłacili za kilo wołowiny, hm? Zwykłe gulaszowe mięso może 10-12, rarytasowy antrykot 35 i wzwyż. Tutaj byle mięsiwo to 40 złotych, antrykot zaczyna się od 100 złotych za kilogram. Pomnóżcie sobie teraz przez 100-150 kilo, bo tyle chyba 1/3 krowy ważyć będzie, nie? A średnia miesięczna pensja jest tutaj prawie taka sama jak w Polsce po przeliczeniu na złotówki.

Dla mnie ta tradycja jawi się właśnie jak taki nasz opłatek. Wczoraj odwiedził nas właściciel mieszkania. Przyszedł z dwoma siostrami, które przyjechały do niego ze Stambułu. Siostra powiedziała "I am schwester of Ahmet*. We bring you some gift. Turkish meat. Bon apetit. Ciao!".

Jak tu nie kochać tych ludzi :)?




*Tak, jeden z tych Ahmetów ;).

niedziela, 1 listopada 2009

Turcy jako naród

Dzisiaj trochę spoważniejemy.

 

***

 

Parę dni temu trochę się pośmialiśmy. Teraz czas na odrobinę powagi. Bo temat jest poważny.

Pamiętacie ostatnią notkę, prawda? Na zakończeniu trochę poruszyłem temat wolności wypowiedzi o hitlerowskich i komunistycznych treściach.

Przy najbliższej okazji* wypytam pana  Fişne o to, jak to w Turcji jest z mówieniem o tym. Czy jest to jedynie ignorancja wynikająca z niewiedzy, czy też istotnie daleko posunięta wolność wypowiedzi na temat jakże drażliwy w Europie?

 

***

 

Moje podejrzenia są zasadne. Turcja jest krajem, w którym nikt nie wstydzi się powiedzieć, że jest nacjonalistą, że kocha swój kraj ponad inne, a Ataturka miłuje zaraz obok matki i ojca. Jest tak w przypadku zarówno młodych, starszych i najstarszych przedstawicieli społeczeństwa, niezależnie od płci, stanu zawodowego, majątkowego, cywilnego, rzeczywistej orientacji politycznej czy seksualnej albo pochodzenia przodków. Nie prowadziłem żadnych badań statystycznych; po prostu prowadziłem rozmowy z dużą ilością ludzi, wielokrotnie zahaczając o temat nacjonalizmu w Turcji.

Do tego dochodzą obserwacje tego, jak Ci ludzie żyją.

1. Flaga jest Święta. My mamy na przykład posążki Matki Boskiej. Nie będziesz złorzeczył w jej obecności. Nie powiesz na MB złego słowa. Nie podpalisz Jej. Nie spluniesz na MB. Tutaj idzie to dalej, bo mamy do czynienia z materiałem, a nie kamiennym/drewnianym posążkiem. Nie możesz więc gnieść czy miętolić w palcach flagi, deptać jej, kłaść na niej brudnych paluchów, że o ubrudzeniu majonezem nie wspomnę**.

2. Sławetny art. 303 kk. „Zakaz obrażania tureckości”. Niedawno uściślony, i odnosi się do tego, co ma być krzywdzące dla ludzi pochodzenia tureckiego, lub jakoś tak. Nie zmienia to faktu, że istnienie takiego zapisu oznacza, że są w tym kraju ludzie, którzy wolą prawnie usankcjonować cenzurowanie wszelkiej krytyki. A najlepszą formą cenzury jest więzienie.

3. Służba wojskowa jest obowiązkowa dla każdego dorosłego Turka. Trwają jednakowoż podobno prace nad zmianą tego zapisu i wprowadzeniem wyłącznie armii zawodowej.

Turcy są generalnie dumni z poziomu zmilitaryzowania swego kraju. Wojsko to chluba naszego kraju; Siła armii jest siłą Turcji; Turcja to Armia – takie wypowiedzi zapadły mi w pamięć najbardziej.

Pragnę w tym miejscu zwrócić honor obecnym władzom; i poruszyć ważny temat. Kiedyś czytałem gazetę turecką w wersji angielskojęzycznej. „Today's Zaman” bodajże. Premier turecki również powiedział, że siłę Turcji stanowi armia. Dlatego też, aby armia nadal była silna, należy modernizować kraj, aby dać jej solidne oparcie. Dla mnie mistrzowskie posunięcie, bo z jednej strony mówi o tym, że armia jest dla rządu ważna, a jednocześnie zmierza w kierunku zmian. Pytanie, czy ostatecznie rządowi zależy bardziej na modernizacji kraju i armii przy okazji, czy też priorytetem jest armia, a kraj  musi się dostosować, pozostawiam otwartym.

4. Poziom testosteronu idzie wyczuć nosem u każdego Turka. Kobiety zostały dawno zepchnięte na dalszy plan. W życiu publicznym wydaje się, że jedynie faceci żyją w tym kraju. Na ulicach kobieta jest nieomalże intruzem. To kraj, w którym to mężczyźni i ich żądze rządzą.

5. Konfrontacji i kłótni pomiędzy ludźmi widziałem dużo więcej niż rozmów i kompromisów. Nie mówię o bijatykach – tutaj strony rozchodzą się dopiero po obnażeniu kłów, zamiast poprzestać na milczącej ocenie siły.

Demonstracje siły są tu na porządku dziennym. Najlepiej opisać to na przykładzie wyglądu: Koszule z niezapiętym ostatnim guzikiem, aby widać było sweterek na klacie; Jak jest zimniej, to kurtka na wierzch, lecz obowiązkowo rozpięta. ŻADNYCH SZALIKÓW u facetów; Skórzana kurtka, a jak nie to chociaż skórzane buty (do dzisiaj nie zapomnę dzieciaka  z kapturem na głowie, w szarym dresie i spiczastych brązowych pantoflach),  jak ich nie ma, to koniecznie wpuszczona koszula i widoczny skórzany pasek.

A co jak nie skóra? Fura! O tym jak Turcy jeżdżą to może jednak przy innej okazji napiszę. Wyobraźcie sobie jednak jedynie, że np. ulica trójpasmowa w magiczny sposób staje się czteropasmowa, a przy dobrych wiatrach się jeszcze rower i dwa motory zmieszczą. I nie jest to bynajmniej komfortowy widok.

Zarost na twarzy również ma znaczenie, bo mówi o... twojej orientacji politycznej. I tak skromny wąsik jest zarezerwowany dla łagodnych islamistów, prostokącik pod nosem dla konserwatystów, wąsy jak u morsa zaś dla liberałów. Pełne, długie brody nie są mile widziane, bo kojarzą się z fundamentalistami.

6. Wreszcie, życie stadne. Wiem jak to brzmi, ale do tego się to istotnie sprowadza. Ludzie tutaj bardzo ściśle określają z kim się trzymają, a z kim nie. Swój to swojak i ziomek. Obcy to obcy. Niekoniecznie trzeba go gnoić, ale nie ma też istotnego powodu, dla którego miałoby się go lubić. Pamiętacie, jak pisałem o tym, że Turcy w procesie decyzyjnym kierują się odczuciami, a nie logiką? To, co lubią, musi być dobre, a to czego nie lubią musi być złe i w żadnym wypadku nie ma powodu, aby wchodzić z nielubianym obiektem w bardziej skomplikowane interakcje.

Wydaje mi się, że z tego może wynikać owa słynna turecka gościnność. Albo kogoś goszczą, albo nie. Więc jak już, to przychylają nieba swojakom. Nie spotkałem się tutaj do tej pory z kimś stosującym zasadę ograniczonego zaufania (nie znasz tego, z kim masz kontakt, więc należy zachować stosowny dystans dla własnego bezpieczeństwa), czymś, co jest bardzo rozpowszechnione w Polsce. Swoją drogą, niedługo będę paru Turków uczył co nieco na temat, bo powiedzmy, że zapoznali mnie ze sporą liczbą swoich, ale nie moich znajomych, na co niekoniecznie miałem ochotę, siedząc w domu, biorąc prysznic, albo śpiąc o pierwszej w nocy.

Pomówmy teraz trochę o historii

 

***

 

Europa jest przewrażliwiona na punkcie nacjonalizmu. Mamy z nim niemiłe doświadczeni pod postacią Drugiej Wojny Światowej. To było dawno temu, ale ma swoje implikacje do dzisiaj. Bez tej Wojny, nie byłoby Zimnej Wojny, NATO czy Unii Europejskiej. A to, co rozpętało tamte wydarzenia, było właśnie umiłowanie własnego narodu, wiary w jego siłę, a także o jego wyższości.

I Wojna Światowa nic nie zmieniła. To państwa NARODOWE kreowały mapę Europy. Tendencje nacjonalistyczne nawet wzrosły.

W Turcji nie było inaczej. I Wojna przyniosła Turcji Ataturka, a wraz z nim reformy, odnowę i wreszcie modernizację. Turcja nie brała udziału w II Wojnie Światowej. Nie straciła w ciągu paru lat 1/3 swojej populacji jak Polska, nie została upokorzona jak Niemcy, nie utraciła statusu światowego mocarstwa jak Francja czy Wielka Brytania. Nacjonalizm przyniósł im jedynie same pozytywy.

Dlatego właśnie rozumiem sytuację ideologiczną w tym kraju.

Oni nie zrozumieją, jak im powiem, że komunizm upadł 20 lat temu i nie mam ochoty o tym mówić, nawet, jeżeli walnie się do tego jako Polacy przyczyniliśmy. Bo ja wiem, że to nie był tylko Okrągły Stół. Że wiele lat wcześniej to były łzy, pot i krew milionów moich rodaków.

Oni nie zrozumieją, jak bardzo mówienie o Hitlerze porusza serca. Boli. Otwiera rany. Bo chociaż nie byliśmy świadkami tamtych wydarzeń, są ludzie, którzy byli, i zadbali o to, abyśmy nigdy o tym nie zapomnieli i chociaż odrobinę poczuli to, co oni kiedyś.

Nie zrozumieją, że nacjonalizm zaślepia, bo mówi, że już jesteś świetny, jak nie najlepszy. Zachód już dawno jest na etapie, że trzeba się koncentrować na doskonaleniu samego siebie, dla samego siebie; nie spoczywać na laurach, bo zawsze jest ktoś lepszy od ciebie. I mieć w nosie narodowości, własne lub cudze.

 

Krogulczas

 

 

* Pewnie w środę.

** No chyba, że na gwiazdę albo półksiężyc***.

*** Ciekawe, czy keczup by przeszedł na całej reszcie?

piątek, 30 października 2009

Angturski

POMOCY!


***


Dużo w życiu przeszedłem. Tego co się wydarzyło we wtorek na zajęciach o nazwie Business English nie wyobrażałem sobie w najgorszych snach.

Pokrótce może opowiem o co chodzi: celem tych zajęć jest przedstawienie w formie prezentacji projektów na ściśle określone przez prowadzącego tematy. Oscylują one głównie wokół tematu znajdowania pracy, prowadzenia własnej firmy oraz językowych egzaminów kompetencyjnych, których jest w Turcji więcej niż ustawa przewiduje (chociaż ich ustawy pewnie taką biurokratyzację przyjmują na klatę). Ja na tych właśnie zajęciach sprzedaję Uniwerek w takiej formie:

-Czyli generalnie, naszym celem jest sprzedanie Uniwersytetu zagranicę?

-Tak!

Taką odpowiedź uzyskałem po tym, jak zostałem przypisany do grupy pracującej nad biuletynem informacyjnym i broszurą skierowaną do zagranicznych uczelni. I to nie dla jaj, oni naprawdę będą chcieli ten nasz projekcik wykorzystać :).


Wracając jednak do zajęć. Przyszedłem lekko spóźniony, chociaż czułem, że lepiej w ogóle się nie pojawiać. Intuicja znowu zadziałała, ale rozum głupio zadecydował. Ja głupio zadecydowałem.

Wchodzę do sali. Zaraz po lewo wykładowca za biurkiem zwróconym w stronę katedry. Na katedrze, za biurkiem skierowanym do uczniów, kobieta. Turczynka. Studentka. Mówi. Siedzi i mówi. Prezentuje... prawda?

Siadam na wolnym miejscu, gestykulacją i mimiką twarzy staram się uciszyć szepty i śmichy-chichy. Uzyskuję odwrotny od zamierzonego efekt. Harmider narastał. Stopniowo miał się wymknąć spod kontroli...

Prezentacja pierwsza dotyczyła rozmowy kwalifikacyjnej. Dalsze były poświęcone właśnie tym językowym egzaminom kompetencyjnym. Jakby teraz to dalej ująć...

Może zacznę od tego, ze istotnie, Turcy mówili. Tego im odmówić nie można, ze mówić potrafią. Ale żeby oni wiedzieli co mówią...

Nie, też źle. Oni doskonale wszystko wiedzieli co mówią, o, właśnie tak. Równie dobrze zamiast siedzieć za biurkiem i przełączać slajdy, mogliby czytać książkę. Z tym, ze zapomnieli czytać w myślach, i zaczęli czytać na głos. Niestety, ludzki, a przynajmniej turecki ośrodek mowy nie został zaprojektowany do takich wyzwań jak czytanie po angielsku.

Angielski to język przy którym naprawdę trzeba zwolnić. Nie spieszyć się, zastanowić się jak wymawiać wyrazy, odpowiednio akcent rozłożyć. Oddech chociaż złapać... No postarać się trochę, a nie paplać bez namysłu.

To był jeden z tych momentów, kiedy, mimo najszczerszych chęci i wyrozumiałości, raz po raz gdzieś w moich umyśle zapalała się czerwona lampka podpisana „to jest kurwa niemożliwe”.

Parę przykładów (pierwszy nawias to wtopa, drugi to wtopiona intencja):

„Win the exam” = „Pass the exam” (napisane na slajdzie, wymawiane zresztą też bez większych zahamowań) („Wygrać egzamin”= „Zdać egzamin”)

„Prepaid by” = „Prepared by” (napisane (!) na zakończenie prezentacji) („Przedpłacone przez” = „Przygotowane przez”)

„Avegarge”= „Average” (napisane przy okazji tabeli) („?” = „Średnia”)

„Rectorship will surrender” (przy okazji informowania o miejscach składania podania na egzamin kompetencyjny)(„Rektorat się podda; skapituluje”)

„Patentse” = „Patience” (napisane dobrze, ale po sekundzie wahania, wymówione tak jak widać...)(„Cierpliwość”)

Studenci też nie byli zbytnio pomocni. Zachowywali się jakoby wyszli z bazaru i przyszli na zajęcia. Rozmowy i krzyki, samolociki, łażenie między ławkami, zdjęcia z fleszem...

Powiem szczerze, że najbardziej jestem rozczarowany wykładowcą. Jedyne, co wyrażał na ten temat, to była jego mowa ciała, mówiąca „Fajna prezentacja”. Przytakiwanie, przytakiwanie, po trzykroć przytakiwanie. Zero zainteresowania. Zero krytyki. Zero pytań. Zero refleksji. Zero... przejęcia.

Na pytanie, czy się podobało, zachowałem milczenie, otoczony wszechobecnym entuzjazmem, dzikimi oklaskami, krzykami i gwizdami. Ja tu nie przyjechałem żeby ich uczyć jak robić dobre prezentacje... chyba, że mi zapłacą. Hm... :).


***


Wykładowcy na nieszczęście nie radzą sobie lepiej. W kwestiach językowych...

„By one by” = „One by one” (nie do przetłumaczenia słowo w słowo, polskie „Jeden po drugim”)

„Ayran and coal” = „Iron and coal” (wspomniany w poprzedniej notce niuans wymowy; to trzeba było usłyszeć, bo on naprawdę wypowiedział to jakby chciał powiedzieć o ayranie, a nie o żelazie; ayran [czyt. ajran] to turecki jogurt; iron [czyt. ajron] czyli żelazo, coal [czyt. koal] to węgiel)

„niiw” = „new”

„the” = „the” ( zgadza się, wymówione tak, jak napisane...)

Ciekawostka: powyższe słówka zapadły mi w pamięć na zajęciach prowadzonych przez dwóch dziekanów, oboje są ściśle związani z współpracą zagraniczną.


***


I wreszcie HIT.

„European Union and Turkey”. Zajęcia dedykowane dla studentów Erasmusa. Prowadzi wydziałowy koordynator ds. Programu Erasmus, pan Mustafa Fişne. Pominę fakt, że dla każdego Turka Polska i inne kraje jeszcze wczoraj były krajami komunistycznymi*

Mówimy akurat o Niemczech. Jedyna Niemka, Miira, prowadzi właśnie rozmowę z prowadzącym. Mowa jest o nacjonalizmie. Fişne, nagle, bez zapowiedzi, mówi:

- Niemcy muszą bardzo kochać Niemcy. W końcu nawet w waszym hymnie śpiewacie „Deutschland Deutschland über alles...”

Wpierw nie wierzyłem.

Potem się trochę zdenerwowałem, nie powiem.

Ostatecznie jednak widok twarzy Miiry zadecydował: musiałem położyć się na ławce, żeby ukryć łzy.

Nie mogłem. Prawdę powiedziawszy, to dalej nie mogę, kiedy to sobie przypomnę :).


***


To tyle na dzisiaj. Zobaczymy co Turcja przyniesie...


Krogulczas


* Turcy ciągle odwołują się do tego, ilekroć byśmy nie mówili, że to było 20 lat temu i że jesteśmy pokoleniem, które komunizmu nie pamięta, nie doświadczyło, i że nawet nie wyobrażają sobie jak diametralne różnice poza spadkiem inflacji zaszły przez ten czas w naszych (Polska, Litwa, Słowacja i Niemcy jako NRD) krajach.

czwartek, 22 października 2009

Ziemia obiecana II

Dzisiaj opowiem o tym, jak wyglądało owo moje "jutro".


***

 

Decyzja jest prosta. Spadamy z tego mieszkania obecnego. 48 metrów. Korytarz jest największym pomieszczeniem, oprócz niego jeszcze 3 pokoje, kuchnia, łazienka i turecka toaleta vide dziura w ziemi.

Chcieliśmy. Naprawdę. Cierpliwie czekaliśmy na meble, i generalnie proces umeblowywania zakończył się po jakichś dwóch tygodniach.

Hitem jednak jest jak do tej pory pralka. Było tak: pojawia się pralka. Pojawia się też problem: jest ona w kuchni, bo tam jakoby po turecku jest jej miejsce. No spoko, niech sobie tam będzie.

Tylko że... no nie wiem, inżynier ze mnie żaden, ale zazwyczaj to ten bębenek w pralce to się nie kręci wyłącznie dla frajdy, bo jakby tak było, to by go zawsze kolorowali na jakieś fajne kolorki. Albo mógłby filmy wyświetlać. No przydać się do czegoś.

Na przykład wodę w sobie mieć. Bo zazwyczaj pranie wyjmowałem mokre z pralki. A gdzie tu wodę podłączyć? Z kranu? A wylewać? Z powrotem do kranu? Czy wyższa szkoła jazdy – przez dwie godziny trzymać ręcznie wąż w zlewie?

Z pomocą miał nam przyjść hydraulik pana Nameka – przesympatyczny osobnik, który nam to mieszkanko wcisnął. No i hydraulik Nameka przyszedł, popatrzył, powiedział, że to jest pralka firmy Vestel, że firma jest fajna, że mają serwis i żebyśmy do serwisu poszli z tą pralką i na herbatkę.

Z PODŁĄCZENIEM?!

Z pomocą przyszedł inny kolega simpatiko – pan Ahmet. Nie znam jego imienia, więc nazwałem go Ahmet, bo tu są sami Ahmeci, Mustafy czy Ibrahimy. Pan Ahmet ma Lokantę. Z tureckiego Restaurację. Inną jego cenną cechą z punktu widzenia dobrego materiału na męża jest to, że zna się na hydraulice. A że my byliśmy regularnymi klientami u niego, sam nam zaproponował, że wpadnie wieczorkiem po pracy i nam to podłączy.

I podłączył. Zużył tyle taśmy co babcia włóczki na wełniane skarpety dla wszystkich swoich wnucząt, podłączył kranik za 10 lir i pralka miała jak pić wodę.

Gorzej, że nie miała jak sikać. Porzucając metaforę organizmu – nie odprowadzała wody. Se stała w bębnie, znudzona bidulka.

 

***

 

W tym czasie skontaktował się z nami Prezydent Fify. Jego imię to Berkai, lecz w naszym kręgu jest powszechnie znany jako Prezydent Fify po tym jak opowiedział o nim Wojtek, jeden z moich współlokatorów.

- No był u nas jakiś koleś. No jak mu było... Przedstawił się jako prezydent Fify czy czegoś...

W rzeczywistości biedny Berkai jest wiceszefem Klubu Erasmusowego. Chciał przylansić, a wyszło jak zawsze :).

Tenże Berkai niegdyś rzekł: ja pogadam z Namekiem. Będzie mieli funkiel nufka nieśmiganą pralkę.

I istotnie, parę dni później mamy pralkę. Ładna, biała, dwa pokrętełka i dwa guziczki. Elegancka taka. Nie Porsche, nie Merc, ale takie zgrabne Renault Clio (lubię je ;)).

No i ta już spoko. Sami ją nawet podłączyliśmy, bo to była kwestia przełączenia węży, a poprzednio całą zabawą był ten kranik do wody.

Pierwsze włączenie. Pralka nabiera wody. Śmiga, miesza, nawadnia, walczy z głodem w Afryce, pierze, wylewa wodę na podłogę...

Ekhm...

Czekajcie...

Dobra, może jednak nie lubię Clio.

 

 

 

***

 

Mieszkanie to jest jednak pół biedy. Zajęcia jak do tej pory wymiatają. Po prostu muszę Wam kiedyś napisać o tym jak Turek powiedział Niemce prosto w oczy, że „Deutschland Deustchland uber alles” to jest niemiecki hymn narodowy, że dwa główne surowce w epoce powojennej to ayran (turecki jogurt) i węgiel, i o tym jak sprzedam uniwerek. I mi jeszcze za to podziękują i gratulacje do Lechistanu wyślą :).

 

A teraz ponownie spadam nadrabiać zaległości towarzyskie. Raz człowieka nie ma na necie przez dwa tygodnie, a na komunikatorach przez ponad miesiąc i już mnie za zmarłego albo kryminalistę mają ;).

 

Pozdro

Krogulczas


środa, 2 września 2009

Afyon: początek

Już jutro mnie ukamieniują na schabowe i ugotują z rzepą, orzeszkami i budyniem cytrynowym.

***

Afyonkarahisar. "Czarny Zamek Opiumowy" w wolnym tłumaczeniu. "Afyon" w skrócie i codziennym użytku.

Tutejszy klimat, zwyczaje i sposób bycia jest kompletnie inny od europejskiego. Kto nigdy nie wyjechał poza Europę, chyba nie jest sobie w stanie tego wyobrazić. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jak bardzo w ciemno tutaj przyjechałem. Poza tym, że będę tam studiować, nie wiem o tym mieście kompletnie nic :).

Na niewiele mi się zda mój A1 Level Turkish Erasmus Intensive Language Courses. Ten poziom to jakaś pomyłka. Chociaż zdałem na 84% to oznacza tyle, że jestem w stanie zrozumieć język jedynie łopatologiczny. Albo raczej koparniany. A nie turecki.

Krótko mówiąc, poziom ten jest całkiem bezużyteczny. Ani nie mam opanowanego jakiegoś przyzwoitego słownictwa, że o codziennym języku nie wspomnę. Turecki zwrot "memnum oldum" czyli "miło cię poznać" doprowadza każdego Turka do szału. Na "durakta alabilir miyim" ("proszę się zatrzymać") w autobusie spojrzeli na mnie jak na Polaka albo innego Słowianina. Tureckie język trudna język.

***

Dzisiaj pozaopatrywałem się w mapy. Jak dobrze pójdzie to w przyszłym tygodniu wyląduję w Ankarze. Potem chyba Trabzon. Może pomiędzy nimi jakaś cywilizacja zapomniana się znajdzie.

W związku z tymi rozjazdami, kto wie jak to z aktualizacjami będzie. Postaram się coś wrzucać przynajmniej raz na tydzień. Potem, w trakcie roku akademickiego (vide po październiku), zapewne będzie coś więcej.

Przy najbliższej okazji przybliżę trochę Afyon jako miasto. Mam nadzieję, że uda mi się je trochę poznać przez tych pare dni :).

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Internet. Medium. Wiedza. Świat. Wolność.

Problem pojawia się wtedy, kiedy nie idzie z niej skorzystać.

***

Po pierwsze, primo: Jak do tej pory obraz Europy Zachodniej jest dla mnie zatrważający. Jak do tej pory zostałem poproszony o hackowanie (bądź też robiłem to z własnej, nieprzymuszonej woli, ew. przymuszony okolicznościami) komputerów w językach:

- tureckim (szt. 2)

- fińskim (szt. 1)

- włoskim (szt. 1)

- czeskim (szt. 1)

W każdym wypadku chodziło o uzyskanie dostępu do Internetu.

Najbardziej podobały mi się z tego wszystkiego tureckie klawiatury.

Drobna uwaga dla niewprawnego oka:

- "i" to nie "i"

- shift+2 to nie "@"

- shift+3 to nie "#"

Dodatkowo, te, na których pracowałem (ooo, błogosławiłbym powyższą):

- "." to nie "."

- "," to nie ","

- """ to nie """

A innych dowcipów nie pamiętam. Zaprawdę powiadam wam - klawiatura turecka jest gorsza od Efesa. Takie rzeczy istnieją. Może jeszcze się kiedyś takie znajdą ;).

O fińskich cudeńkach niczego mądrego nie wymyślę. Tam działałem z pamięci, bo problem był ten sam jaki miałem u siebie. Co chwila tylko pytałem, czy te kropkowano-kreskowane literki przypominające kopulujące żyrafy to "właściwości", "dodaj", rozłącz" czy też "sieci bezprzewodowe".

Włoski nie był skomplikowany. Chodziło o zainstalowanie jakiegoś klienta torrenta. Łatwizna. "Avanti" jako "kontynuuj" zapadło mi w pamięć :). Potem tylko objaśnić pokrótce o co chodzi z torrentami*, i Matiaa był szczęśliwy z transferem porównywalnym do prędkości wypiętrzania się Himalajów w skali roku.

Czeski szło zrozumieć ;).

Może kiedyś trochę szerzej napiszę o tym, jak to się stało, że YouTube'a w Turcji nie uświadczysz. To będzie porywająca historia o nienawiści i miłości, bitwach i bataliach, dumie i dupie, a wreszcie (bo jakżeby inaczej) o Ataturku.

Jak macie jakieś ciekawe doświadczenia z dnia dzisiejszego, to chętnie sobie o nich poczytam ;). Śmiało! Zapraszam do komentowania.

*o! nauczyciele mego angielskiego! wybaczcie za gramatyki, jakich wtedy używałem**!

**W sumie, wybaczcie mi za moją gramatykę non-stop. NON-STOP. Tu się inaczej nie da, aniżeli "I to Olympus. I. No. No to Olympus. No. Olympus. No. Money. Back. Back. Money." W formie rozwiniętej, wyglądałoby to mniej więcej tak (przekład z angielskiego):

"Biorąc pod uwagę moje oparzenia słoneczne jakich w przeciągu ostatnich paru godzin się nabawiłem, ja, Bartłomiej Krogulec, powziąłem decyzję następująca, ktorą wszem i wobec ogłaszam, a kieruję ją głownie do Pana, Szanowany Panie Autobusowy Kierowco (dalej, w skrócie: SZPAK).

Nie jadę do żadnego Olympusa. Dawaj pan kasę, bo Panu zapłaciłem jakbym tam jechał, ale tam nie jadę. Money. Back. Back. Money."

SZPAK pokiwał uprzejmie głową i zaczął germańską gwarą gaworzyć. Jakby nie interwencja dwóch simpatico Italiano, to w życiu bym swoich 10 lir z powrotem nie zobaczył.

piątek, 7 sierpnia 2009

Ataturk

To był koleś.

***

Historia Jana, mojego czeskiego współlokatora:

- Szukałem drogi do hotelu, a byłem... sam nie wiem gdzie byłem. Postanowiłem więc zapytać w jakimś sklepiku o drogę.

Kojarzyło mi się, że hotel był blisko jakiegoś Bulwaru Ataturka. Podchodzę więc do najbliższego sklepikarza i mówię mu "Ataturk bulvari, Mahper Hotel?". Turek tak spojrzał na mnie. Wpierw zdezorientowany, potem zdziwiony, a chwilę potem... rozmarzony. 

Turek pochylił się trochę do przodu, spojrzał w górę błędnym wzrokiem i mówi "Ataturk Kemal...". Posiedział tak chwilę.

A potem wyszedł. Marzył może pół minuty, zniknął na jakieś trzy.

I wrócił.

Znowu: Pochylenie, rozmarzenie, "Ataturk Kemal...", posiedział. I znowu wyszedł.

W końcu wrócił i powiedział, żebym zapytał obok. 

***

Ataturk w Turcji jest wszędzie. Tak jak my mamy nad klasami godło z orłem białym, tak oni mają Ataturka. Ataturka spotkasz jako nalepkę na drzwiach, na zegarze, na automacie z napojami, na chlebaku, nawet na kuli do nogi zdarzyło mi się jedną spostrzec. Są z nim kalendarze, terminarze, zeszyty. O pamiątkach nie wspominam. O pomnikach nie trzeba nawet mówić.

Dwa dni temu popijałem sobie piwko z Keramem, Turkiem*. Udało mi się dociec, skąd mamy do czynienia z fenomenem Ataturka w Turcji.

Dwie ważne rzeczy, jakie należy wiedzieć:

- o islamie - to jest to religia pokoju, stawiająca pokój na pierwszy miejscu i dążąca do pokoju dla każdego. 

- o Imperium Osmańskim - prowadzili wojny praktycznie non-stop.

Ataturk sam był dowódcą wojskowym, lecz nie przeszkodziło mu to w obaleniu sułtanatu w 1923. Ponieważ wygrał sporo bitew na krótko przed przejęciem władzy, był powszechnie znany i lubiany. Lecz to dopiero po wprowadzeniu republiki zaczęła się cała zabawa.

Otóż z punktu widzenia Turków, Ataturk to był ktoś, kto przywrócił islam w Turcji na właściwe tory. Do tej pory Osmanie ciągle gdzieś z kimś walczyli (a w XIX i XX wieku to im zbytnio nie wychodziło), podczas gdy przecież islam dąży do pokoju. Ottomanie więc nie byli zbyt dobrymi muzułmanami. Ataturk, który powiedział "nie" wszelkimi wojnom i "tak" wszystkim możliwym reformom, łącznie z równouprawnieniem, modernizacją i europeizacją kraju pod względem wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego i alfabetu łacińskiego, jest postrzegany jako człowiek, który przywrócił islam w Turcji do korzeni, do pokojowej egzystencji.

W Polsce Ataturk jest wrzucony do jednego worka wespół z innymi władcami autorytarnymi okresu 20-lecia międzywojennego. Myślałem, że będę mógł go porównać z Piłsudskim, ale jego fenomen to coś zupełnie innego. Chociaż i Piłsudski  i Ataturk byli marszałkami, to w Polsce tego okresu istotniejszy był fizyczny aspekt egzystencji państwa, a nie duchowy, jak to było w przypadku Turcji. Ataturk odnowił dusze Turków.

A przynajmniej tak to reklamował. Taki już cholera jestem, przykro mi. Jakkolwiek człowiek był wielki, ja rozumiem, że islam jest ważny i jego odnowienie fajną sprawą jest, lecz to pozostanie dla mnie akcją propagandową o olbrzymiej skali. Jest ona jednak na tyle udana i na tyle przyjazna Europie, że jestem pełen podziwu dla efektów. 

Po weekendzie powinno udać mi się wrzucić parę kiepskich i jeszcze gorszych fotek ;).

* Co prawda możecie mówić, że muzułmanie piwa nie piją, ale on nawet nie wiedział kiedy się im ramadan** zaczyna :). Jak sam stwierdził, laicyzacja postępuje w Turcji.

** Okres postu o ruchomych granicach czasowych, trwa ok. jednego miesiąca. Polega na głodówce w ciągu dnia i imprezowaniu po zachodzie.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Ożeżże w mordę

Co się dzieje z człowiekiem, kiedy leci Allah wie gdzie, po co, dlaczego, jak, po co, dlaczego, z kim i po co i dlaczego?

***

Warszawa. 2.08.2009. Godzina 1340. Lot TK 1766.

Krogulczas na pokładzie...

-...święć się imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje... byle wystartował, doleciał, i wylądował... w Trójcy Jedyny prawdziwy... ja nie wymagam dużo, tylko lecieć i już... łaskiś pełna, Pan z...

... uwierzył za wszystkie czasy.

***

Pomyślałem, że to może być śmieszny pomysł blogować conieco o moim pobyciew Turcji.

A co robię w Turcji?

Nazywam się Bartłomiej Krogulec. Mam 20 lat, jestem Polakiem i na codzień mieszkam w Radomsku. Może nie takie na codzień znowu, bo w Łodzi studiuję stosunki międzynarodwe.

W zeszłym roku (nawet nie wiem kiedy), spostrzegłem ogłoszenie o rekrutacji na LLP Socrates/Erasmus. Powiedziałem sobie "Czemu nie? Będzie śmiesznie."

Spojrzałem wtedy na listę dostępnych uniwersytetów. Patrzę: Turcja. Powiedziałem sobie "Czemu nie? Będzie śmiesznie."

Na rozmowie kwalifikacyjnej zaproponowano mi wyjazd do Afyon aniżeli do Ankary. W Ankarze studiowałbym komunikację społeczną. W Afyon zaś to, co mnie interesuję i co także chcę studiować: zarządzanie. Powiedziałem im "Czemu nie? Bedzie śmiesznie."

C.D.N.