piątek, 30 października 2009

Angturski

POMOCY!


***


Dużo w życiu przeszedłem. Tego co się wydarzyło we wtorek na zajęciach o nazwie Business English nie wyobrażałem sobie w najgorszych snach.

Pokrótce może opowiem o co chodzi: celem tych zajęć jest przedstawienie w formie prezentacji projektów na ściśle określone przez prowadzącego tematy. Oscylują one głównie wokół tematu znajdowania pracy, prowadzenia własnej firmy oraz językowych egzaminów kompetencyjnych, których jest w Turcji więcej niż ustawa przewiduje (chociaż ich ustawy pewnie taką biurokratyzację przyjmują na klatę). Ja na tych właśnie zajęciach sprzedaję Uniwerek w takiej formie:

-Czyli generalnie, naszym celem jest sprzedanie Uniwersytetu zagranicę?

-Tak!

Taką odpowiedź uzyskałem po tym, jak zostałem przypisany do grupy pracującej nad biuletynem informacyjnym i broszurą skierowaną do zagranicznych uczelni. I to nie dla jaj, oni naprawdę będą chcieli ten nasz projekcik wykorzystać :).


Wracając jednak do zajęć. Przyszedłem lekko spóźniony, chociaż czułem, że lepiej w ogóle się nie pojawiać. Intuicja znowu zadziałała, ale rozum głupio zadecydował. Ja głupio zadecydowałem.

Wchodzę do sali. Zaraz po lewo wykładowca za biurkiem zwróconym w stronę katedry. Na katedrze, za biurkiem skierowanym do uczniów, kobieta. Turczynka. Studentka. Mówi. Siedzi i mówi. Prezentuje... prawda?

Siadam na wolnym miejscu, gestykulacją i mimiką twarzy staram się uciszyć szepty i śmichy-chichy. Uzyskuję odwrotny od zamierzonego efekt. Harmider narastał. Stopniowo miał się wymknąć spod kontroli...

Prezentacja pierwsza dotyczyła rozmowy kwalifikacyjnej. Dalsze były poświęcone właśnie tym językowym egzaminom kompetencyjnym. Jakby teraz to dalej ująć...

Może zacznę od tego, ze istotnie, Turcy mówili. Tego im odmówić nie można, ze mówić potrafią. Ale żeby oni wiedzieli co mówią...

Nie, też źle. Oni doskonale wszystko wiedzieli co mówią, o, właśnie tak. Równie dobrze zamiast siedzieć za biurkiem i przełączać slajdy, mogliby czytać książkę. Z tym, ze zapomnieli czytać w myślach, i zaczęli czytać na głos. Niestety, ludzki, a przynajmniej turecki ośrodek mowy nie został zaprojektowany do takich wyzwań jak czytanie po angielsku.

Angielski to język przy którym naprawdę trzeba zwolnić. Nie spieszyć się, zastanowić się jak wymawiać wyrazy, odpowiednio akcent rozłożyć. Oddech chociaż złapać... No postarać się trochę, a nie paplać bez namysłu.

To był jeden z tych momentów, kiedy, mimo najszczerszych chęci i wyrozumiałości, raz po raz gdzieś w moich umyśle zapalała się czerwona lampka podpisana „to jest kurwa niemożliwe”.

Parę przykładów (pierwszy nawias to wtopa, drugi to wtopiona intencja):

„Win the exam” = „Pass the exam” (napisane na slajdzie, wymawiane zresztą też bez większych zahamowań) („Wygrać egzamin”= „Zdać egzamin”)

„Prepaid by” = „Prepared by” (napisane (!) na zakończenie prezentacji) („Przedpłacone przez” = „Przygotowane przez”)

„Avegarge”= „Average” (napisane przy okazji tabeli) („?” = „Średnia”)

„Rectorship will surrender” (przy okazji informowania o miejscach składania podania na egzamin kompetencyjny)(„Rektorat się podda; skapituluje”)

„Patentse” = „Patience” (napisane dobrze, ale po sekundzie wahania, wymówione tak jak widać...)(„Cierpliwość”)

Studenci też nie byli zbytnio pomocni. Zachowywali się jakoby wyszli z bazaru i przyszli na zajęcia. Rozmowy i krzyki, samolociki, łażenie między ławkami, zdjęcia z fleszem...

Powiem szczerze, że najbardziej jestem rozczarowany wykładowcą. Jedyne, co wyrażał na ten temat, to była jego mowa ciała, mówiąca „Fajna prezentacja”. Przytakiwanie, przytakiwanie, po trzykroć przytakiwanie. Zero zainteresowania. Zero krytyki. Zero pytań. Zero refleksji. Zero... przejęcia.

Na pytanie, czy się podobało, zachowałem milczenie, otoczony wszechobecnym entuzjazmem, dzikimi oklaskami, krzykami i gwizdami. Ja tu nie przyjechałem żeby ich uczyć jak robić dobre prezentacje... chyba, że mi zapłacą. Hm... :).


***


Wykładowcy na nieszczęście nie radzą sobie lepiej. W kwestiach językowych...

„By one by” = „One by one” (nie do przetłumaczenia słowo w słowo, polskie „Jeden po drugim”)

„Ayran and coal” = „Iron and coal” (wspomniany w poprzedniej notce niuans wymowy; to trzeba było usłyszeć, bo on naprawdę wypowiedział to jakby chciał powiedzieć o ayranie, a nie o żelazie; ayran [czyt. ajran] to turecki jogurt; iron [czyt. ajron] czyli żelazo, coal [czyt. koal] to węgiel)

„niiw” = „new”

„the” = „the” ( zgadza się, wymówione tak, jak napisane...)

Ciekawostka: powyższe słówka zapadły mi w pamięć na zajęciach prowadzonych przez dwóch dziekanów, oboje są ściśle związani z współpracą zagraniczną.


***


I wreszcie HIT.

„European Union and Turkey”. Zajęcia dedykowane dla studentów Erasmusa. Prowadzi wydziałowy koordynator ds. Programu Erasmus, pan Mustafa Fişne. Pominę fakt, że dla każdego Turka Polska i inne kraje jeszcze wczoraj były krajami komunistycznymi*

Mówimy akurat o Niemczech. Jedyna Niemka, Miira, prowadzi właśnie rozmowę z prowadzącym. Mowa jest o nacjonalizmie. Fişne, nagle, bez zapowiedzi, mówi:

- Niemcy muszą bardzo kochać Niemcy. W końcu nawet w waszym hymnie śpiewacie „Deutschland Deutschland über alles...”

Wpierw nie wierzyłem.

Potem się trochę zdenerwowałem, nie powiem.

Ostatecznie jednak widok twarzy Miiry zadecydował: musiałem położyć się na ławce, żeby ukryć łzy.

Nie mogłem. Prawdę powiedziawszy, to dalej nie mogę, kiedy to sobie przypomnę :).


***


To tyle na dzisiaj. Zobaczymy co Turcja przyniesie...


Krogulczas


* Turcy ciągle odwołują się do tego, ilekroć byśmy nie mówili, że to było 20 lat temu i że jesteśmy pokoleniem, które komunizmu nie pamięta, nie doświadczyło, i że nawet nie wyobrażają sobie jak diametralne różnice poza spadkiem inflacji zaszły przez ten czas w naszych (Polska, Litwa, Słowacja i Niemcy jako NRD) krajach.

czwartek, 22 października 2009

Ziemia obiecana II

Dzisiaj opowiem o tym, jak wyglądało owo moje "jutro".


***

 

Decyzja jest prosta. Spadamy z tego mieszkania obecnego. 48 metrów. Korytarz jest największym pomieszczeniem, oprócz niego jeszcze 3 pokoje, kuchnia, łazienka i turecka toaleta vide dziura w ziemi.

Chcieliśmy. Naprawdę. Cierpliwie czekaliśmy na meble, i generalnie proces umeblowywania zakończył się po jakichś dwóch tygodniach.

Hitem jednak jest jak do tej pory pralka. Było tak: pojawia się pralka. Pojawia się też problem: jest ona w kuchni, bo tam jakoby po turecku jest jej miejsce. No spoko, niech sobie tam będzie.

Tylko że... no nie wiem, inżynier ze mnie żaden, ale zazwyczaj to ten bębenek w pralce to się nie kręci wyłącznie dla frajdy, bo jakby tak było, to by go zawsze kolorowali na jakieś fajne kolorki. Albo mógłby filmy wyświetlać. No przydać się do czegoś.

Na przykład wodę w sobie mieć. Bo zazwyczaj pranie wyjmowałem mokre z pralki. A gdzie tu wodę podłączyć? Z kranu? A wylewać? Z powrotem do kranu? Czy wyższa szkoła jazdy – przez dwie godziny trzymać ręcznie wąż w zlewie?

Z pomocą miał nam przyjść hydraulik pana Nameka – przesympatyczny osobnik, który nam to mieszkanko wcisnął. No i hydraulik Nameka przyszedł, popatrzył, powiedział, że to jest pralka firmy Vestel, że firma jest fajna, że mają serwis i żebyśmy do serwisu poszli z tą pralką i na herbatkę.

Z PODŁĄCZENIEM?!

Z pomocą przyszedł inny kolega simpatiko – pan Ahmet. Nie znam jego imienia, więc nazwałem go Ahmet, bo tu są sami Ahmeci, Mustafy czy Ibrahimy. Pan Ahmet ma Lokantę. Z tureckiego Restaurację. Inną jego cenną cechą z punktu widzenia dobrego materiału na męża jest to, że zna się na hydraulice. A że my byliśmy regularnymi klientami u niego, sam nam zaproponował, że wpadnie wieczorkiem po pracy i nam to podłączy.

I podłączył. Zużył tyle taśmy co babcia włóczki na wełniane skarpety dla wszystkich swoich wnucząt, podłączył kranik za 10 lir i pralka miała jak pić wodę.

Gorzej, że nie miała jak sikać. Porzucając metaforę organizmu – nie odprowadzała wody. Se stała w bębnie, znudzona bidulka.

 

***

 

W tym czasie skontaktował się z nami Prezydent Fify. Jego imię to Berkai, lecz w naszym kręgu jest powszechnie znany jako Prezydent Fify po tym jak opowiedział o nim Wojtek, jeden z moich współlokatorów.

- No był u nas jakiś koleś. No jak mu było... Przedstawił się jako prezydent Fify czy czegoś...

W rzeczywistości biedny Berkai jest wiceszefem Klubu Erasmusowego. Chciał przylansić, a wyszło jak zawsze :).

Tenże Berkai niegdyś rzekł: ja pogadam z Namekiem. Będzie mieli funkiel nufka nieśmiganą pralkę.

I istotnie, parę dni później mamy pralkę. Ładna, biała, dwa pokrętełka i dwa guziczki. Elegancka taka. Nie Porsche, nie Merc, ale takie zgrabne Renault Clio (lubię je ;)).

No i ta już spoko. Sami ją nawet podłączyliśmy, bo to była kwestia przełączenia węży, a poprzednio całą zabawą był ten kranik do wody.

Pierwsze włączenie. Pralka nabiera wody. Śmiga, miesza, nawadnia, walczy z głodem w Afryce, pierze, wylewa wodę na podłogę...

Ekhm...

Czekajcie...

Dobra, może jednak nie lubię Clio.

 

 

 

***

 

Mieszkanie to jest jednak pół biedy. Zajęcia jak do tej pory wymiatają. Po prostu muszę Wam kiedyś napisać o tym jak Turek powiedział Niemce prosto w oczy, że „Deutschland Deustchland uber alles” to jest niemiecki hymn narodowy, że dwa główne surowce w epoce powojennej to ayran (turecki jogurt) i węgiel, i o tym jak sprzedam uniwerek. I mi jeszcze za to podziękują i gratulacje do Lechistanu wyślą :).

 

A teraz ponownie spadam nadrabiać zaległości towarzyskie. Raz człowieka nie ma na necie przez dwa tygodnie, a na komunikatorach przez ponad miesiąc i już mnie za zmarłego albo kryminalistę mają ;).

 

Pozdro

Krogulczas


wtorek, 29 września 2009

Ziemia obiecana I

W końcu się coś działo. Wczoraj od 9.00 do 23.00 załatwiałem sobie mieszkanie. Co z tego wyszło?


***


Zacznijmy od tego, że mieszkanie to było załatwiane od dobrych trzech tygodni. Dopiero, kiedy przyjechałem, wzięli się za nie na poważnie.  

W poważnej, naukowej literaturze, opisującej jak to się z Turkami robi interesy, generalnie spotkałem się z określaniem negocjacji z nimi (a w praktyce również codzienne komunikowanie) jako „zabierającymi więcej czasu niż w przypadku np. kultur Zachodu”. Myślałem więc sobie tak „Aha, czyli pozaprzyjaźniam się z nimi trochę dłużej, pogadamy trochę dłużej o pogodzie, wymienimy się dodatkowo informacjami o swoich rodzinach, a potem przejdziemy do konkretów”

W Turcji nie ma konkretu.

NIE. MA.

Rozmowa z Turkiem to naprawdę świetna sprawa. Raz przyszedłem tylko po to, aby zapytać się, jak idzie poszukiwanie mieszkania. Skończyło się na tym, że siedziałem przez godzinę przy herbatce, poznając dwóch przyjaciół koordynatora Erasmusa, rozmawiając o Wałęsie, Mickiewiczu, Dąbrowskim, Lato, Deynie, imieniu „Kamil”, ,polskim nielubieniu się z Ruskimi, ramadanie, kuchni tureckiej, taniej kuchni tureckiej, dobrej kuchni tureckiej, i jeszcze o kuchni tureckiej.

Komunikacja z Turkami to koszmar. Nie mam zamiaru być politycznie poprawny i powiem wprost: My, Europejczycy, mamy lepszy, sprawniejszy system przekazywania danych między dwoma podmiotami komunikacji. Jest to spowodowane w głównej mierze tym, że informacja w Europie i krajach, gdzie cywilizacja zachodnia ma silne wpływy (USA, Kanada, Australia, Japonia itp.) jest tania i łatwa do zdobycia.

W Turcji za to, informacja jest ceniona. Nie jest łatwo ją zdobyć, więc nie jest też łatwo ją uzyskać od tego, kto ją posiadał.

Sklepy nie mają wywieszonych szyldów z godzinami otwarcia.

Na półkach większości sklepów, poza supermarketami, w większości nie ma wywieszonych cen.

Rozkłady MPK nie istnieją – po prostu dolmusa (czyt. dolmusza [l. poj. M. dolmusz] – minibus, powszechny środek transportu publicznego) łapiesz „na stopa”, wystawiając rękę jak widzisz, że jakiś jedzie.

I tak samo jest, kiedy chcesz wynająć mieszkanie.


***


W zeszłym tygodniu ja, czterech studentów simpatiko, koordynator Erasmusa Abdulkadir oraz szef BWZ Uniwersytetu Ibrahim, udaliśmy się na oględziny mieszkania.

Korytarzyk, który prowadzi do trzech odrębnych pokojów, kuchnia, łazienka i toaleta osobno. Toaleta z dziurą, w Polsce zwana „na Małysza”

Było w tragicznym stanie jeżeli chodzi o porządek. Było totalnie puste, ale prezenter powiedział, że będzie wypicowanie, wysprzątane, meble wstawione, kuchenka, pralka i lodówka, internet za darmo. Myślę sobie – fajnie. I że to wszystko będzie zrobione za dwa dni. Myślę sobie – ekstra.

Lipa. Dupa.

Wczoraj w chaotycznym pośpiechu emigrowałem z mojego dotychczasowego akademika, po to tylko, żeby wprowadzić się do tego mieszkania mego nowego.

Najpierw udać się mieliśmy do wynajmującego, coby umowę podpisać.

I tu zdziwko numer jeden...

Ale o tym później, dzisiaj nie mam na to sił. Póki co jestem zmęczony, a poza tym dobrze mi się gada z nową współlokatorką (pozdrowienia, droga Flatmejt ;)). No i czeka na mnie Fifa 2010 z weterynarzami w kafejce na dole :P.

Dokończę jutro. A teraz cmok cmok.

niedziela, 27 września 2009

Tymczasem przenieś moją duszę utęsknioną, Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych...

Na wspomnienia mnie wzięło, więc sobie Linkin Park „In the end” puściłem. Pierwsza piosenka pierwszego zespołu, który uwielbiałem jako pierwszy.

Ogólnie zaduma mnie łapie coraz częściej. Ostatnio zatęskniłem za trochę bardziej polskim jedzeniem (czego owocem były kuchenne podboje z poprzedniej notki). Naprawdę jednak w tej chwili tęsknie za jesienią. Polską, złotą... chciałoby się rzec: normalną jesienią.

Nie jest to dlatego, że od lat sobie obiecuję, że pojadę w Bieszczady jesienią, a tu się trochę wynudziłem, czekając na zajęcia. Nic nie mają do tego zdjęcia rodaków na nk, albo rozmowy z nimi. Nie uwierzycie chyba, jakie trzy przedmioty w taki nostalgiczny nastrój mnie wprowadziły.

Pierwszy był liść. Lekko pożółkły liść jabłka, które w swoim czasie kupiłem na bazarze. Bóg mi świadkiem – idealna żółć jesienna.

Drugi był facebook. Kiedy otworzyłem tam Puszkę Pandory (aplikacja, która umożliwia wylosowanie nieomal dowolnego przedmiotu, uczucia, człowieka itp.), wylosowałem... wiewiórkę. Szarą. Z orzeszkiem.

Ale wszystkim dobiła mnie szyszka. Zrozum, Panie Czytelniku: pośród Gór i Wzgórz, pośrodku Stepu, na Betonie przy Akademiku... SZYSZKA. Jak sobie przypomnę moje radomszczańskie lasy, kiedy pacholęciem będąc brykało się po nich z harcerzami, obrzucając się szyszkami i wywalając na cztery litery na śliskich opadłych liściach... 

Tak, tęsknię.


***


Muezini lub ezini. Różnica bierze się z arabskiego, gdzie „m” dodaje się dla osób. Samo „ezin” jednak nie wiem co oznacza. Wiem, kogo oznacza, i wy pewnie też.

To jest ten koleś, który codziennie pieje ile fabryka dała w mikrofon na szczycie minaretu,wieży tak charakterystycznej dla muzułmańskich meczetów, jak...

No właśnie, tu słówko. Chrześcijanie minaretu nie potrzebują. Konstrukcja ta swoje początki ma w wysokich punktach, takich jak drzewa czy wzgórza, z których zwoływano i przypominano raczkującym muzułmanom, że się mają pomodlić. Ponieważ w miastach trudno o naturalne wywyższenia, a ponadto były to miejsca nadzwyczaj głośne, trzeba było zacząć budować odpowiednio wysokie punkty, aby wszyscy wierni wiedzieli kiedy mają się modlić. Albowiem muzułmanie pory swych modłów mają regulowane takim ścisłymi terminami jak „zachód słońca”, a więc przez pory dnia, a te codziennie się zmieniają, a więc i codziennie muzułmanie modlą się o różnych godzinach. Obecnie można (na pewno w Turcji) spokojnie kupić (a zarazem nie można nie kupić) kalendarza z wyrywanymi karteczkami, na którym każdy dzień ma wypisane dokładne godziny dla każdej modlitwy, z uwzględnieniem naturalnie tego, ze słońce kiedy indziej zachodzi w Stambule, inaczej w Afyon, Ankarze czy Konyi, a jeszcze inaczej w Trabzonie.


Dlaczego więc muezini umierają?

Niechaj mnie znienawidzą wszyscy kochający Bliski Wschód i jego Orientalizm, ale... na litość, po dwóch miesiącach mi się oni troszkę okropnie osłuchali. Teraz, każde to ich przeciągane w nieskończoność „AaaaaaaaaaAaaaaaaAAAAAaaaaAAAAaaaaaAAAAAaaaaaaa” brzmi, jakby byli w ciężkiej aaaaAAAaaAAAAaaaaaaAaagonii. Nie mogę już dłużej z nimi i tyle :).


***


Ale niech sobie chwalą Boga. To nawet swój urok ma. Na pewno miało dla ludzi w czasie ramazanu, kiedy wieczorna pieśń ezina obwieszczała, że słoneczka już nie ma i można jeść. Miałem to szczęście, że akurat na jedną z takich kolacji zostałem zaproszony przez koordynatora programu Socrates/Erasmus do jego domu.

(To dawne dzieje w sumie, chciałem je opisać wtedy, gdy miały miejsce, ale teraz dopiero pozwala mi na to bloger. - edyt. przyp. krogulczas)

Jadę sobie z Abdulkadirem (tak ma na imię), bo się zaoferował, że podrzuci mnie na iftar caderi – taka stołówka bezpłatna, rozstawiana na czas ramadanu, a sponsorowana przez władze miasta; wpadają tam i biedni i bezdomni, a także urzędnicy i policjanci. Po prostu, kto chce, może za darmo najeść się do syta (a pamiętajmy, że cały dzień nic nie jedli i nie pili...)

Jadę. Ledwo w sumie wsiadłem, Abdulkadir mówi do mnie „Co też ja sobie myślałem, że nie zaprosiłem Barhta (tak słyszą moje imię, przez moje felerne „r” :)) do nas na kolację? Barhta, jeżeli chcesz, zapraszam cię do siebie, bądź mym gościem”. Nie sposób odmówić ;).

Podaruję sobie opis domu, żywiołowości dzieciaków czy dostojnego spokoju dziadka, a przejdę do samego posiłku.

Bo oni mi tam Wigilię normalnie urządzili, a nawet w Wigilię nie jestem taki pełen, jak tam byłem. Tak naprawdę, to porównanie ma dodatkowe dno. Otóż, każdy dzień ramadanu jest dla muzułmanina dniem wyjątkowym, dniem, który spędza z z najbliższymi, a każdy dobry uczynek w czasie ramadanu jest liczony dziesięciokrotnie więcej na Sadzie Ostatecznym (lub czymś na jego pokrój).

A ja się tymczasem na poważnie bałem, czy za chwilę nie spojrzę ponownie na to, co przed chwilą jadłem. Niby nic szczególnego, ani nawet porcje nie były jakieś przesadzone, ani też kurczak, frytki, surówka z pomidorów czy podsmażana zielona fasolka nie mieszczą się dla Polaka poza pojmowaniem.

Ale deser...

Jeeeezu, jaki on był sycący! Za ChRL nie pamiętam jak się to nazywało, ale jeeeeezu, jakie to było dobre! Takie wilgotne ciasto francuskie, które w ustach zamieniało się w krem, azali był to krem, który miał konsystencję ciasta francuskiego? I jeszcze z bananami gdzieś tam wmieszanymi... Jeeeeeezu!

Podano potem... drugi deser. Baklawę. Baklawy już jednak wdusić nie mogłem. A, słówko o baklawie – o, ubodzy w wiedzę! Kto wpadł na pomysł nazywania „chałwą” tureckiej baklawy! Tej chałwy, którą my znamy, nie znajdziecie w Turcji. Baklawa i chałwa to nie są zamienniki! Chałwy nigdy nie lubiłem, a baklawę, gdyby nie odrobina zdrowego rozsądku, mógłbym jeść godzinami.

Na zakończenie tylko szybka herbatka (a właściwie trzy, które trwały godzinę) i Abdulkadir odwiózł mnie do akademika.


***


Tą notkę chciałem zamieścić naprawdę dawno temu, bo dobre trzy tygodnie temu. Teraz dopiero jednak przeszła korektę, co chciałem to dodałem, bloger działa, i można publikować.

Jutro prawdopodobnie wyprowadzam się do mieszkania gdzieś w centrum miasta. Jak się tylko urządzę, to ląduje na blogu kolejna notka. Bardzo możliwe, że o pierwszym dniu roku akademickiego, bo jutro się takowy zaczyna :). Trzymajcie kciuki!

sobota, 26 września 2009

Kuchnia od kuchni

Tavuk a'la Krogul (Kurczak po krogulczemu) przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.

***

Jak już wspomniałem poprzednio, gotowałem po raz pierwszy w tym przybytku. Cholera, ja tutaj już prawie dwa miesiące siedzę, a dopiero teraz się za to wziąłem! 

Ale mnie się zwyczajnie zatenskniuo za normalnom, polskom kuchniom.

Poszedłem więc do tej kuchni. To był pierwszy błąd. Otóż: tą kuchnią przez całe wakacje, a szczeólnie przez ostatni miesiąc, zajmowali się wyłącznie faceci. Nieważne, że Turcy, chociaż to pewnie też ma pewne znaczenie.

Trzeba bowiem powiedzieć o czystości w Turcji to, co już zostało powiedziane, a więc powtórzyć: Turcy to syfiarze. Śmieć się na śmieciu ze śmieciem wala, a Turek jedynie radośnie dokłada na kupkę.

Jak więc prezentował się widok tej kuchni?

Schnące bochenki chleba zostawione na wierzchu.

Obierki po pomidorze i ziemniakach zostawione na stole, kuchni i umywalce.

Brak dostępu do ciepłej wody.

Niezalany garnek po jajecznicy, którą mi serwowali od trzech dni...

Ubite muchy (!) na jedynej (!!!) ścierce* dostępnej w kuchni (!!!!!).

Gnijące na kuchence skorupki po jajkach.

A, jeszcze dzieci i gęsi włążące do kuchni.


***

Niezrażony tym, zrobiłem swoje. Drowning Pools, Iron Maiden, Rammstein i Lady Gaga puszczone w głośnikach. Można zacząć.


Najpierw trza było trochę ogarnąć.

Trochę szatkowania, trochę tasakowania (fajna zabawka swoją drogą :D ), trochę pożyczenia cebuli i ziemniaków i ich obrania i składniki gotowe.


Składniki Tavuka a'la Krogul:

- 2 udka kurczaka (jak macie piersi z kurczaka to brać je),

- 2 pomidory,

- 1 papryka czerwona,

- 3 papryczki a'la jalapenos, ale w ogóle nieostre; papryczki, po prostu,

- 1 cebula,

- świeża (z braku świeżej - nieświeża też się na da :) ) nać pietruszki,

- przyprawy: sól, czarny pieprz, słodka papryka (zmielona), czerwona papryka (skruszona [u nas się tego nie znajdzie]), tymianek, 3 goździki,

- ziemniaki i kalafior jako serwowane dodatkowo.

Najpierw marynujemy kurczaczka w oliwie z oliwek. dajemy wszystkie przeprawy jakie podano, wedle uznania. Jeżeli sól mało słona, to dac jej więcej, jak tymianek mało tymiankowy to też go więcej itd.

Jak nam się to marynuje, przygotowujemy się do gotowania, tj. sprzątamy kuchnię, tak, żeby nie wstyd było się poniej poruszać. Dopiero potem obieramy ziemniaki i kalafiora, które wstawiamy razem aż do momentu, aż się rozgotują. Jeżeli komuś się uda nie rozgotować - lepiej dla niego ;).

Potem odpalamy ogień.

Tak, to moja kuchenka.Cztery takie palniki acetylowe się tam znajdują. To białe to nie fajka, jeno papierek, którym posługiwałem się żeby odpalić to cholerstwo, bo nie miałem ochoty mieć przypieczonych włosków na paluszkach. I całej ręce przy okazji. Że o głowie nie wspomnę.

Jakoś tak jak posprzątamy kuchnię i wstawimy ziemniaki z kalafiorem, kroimy warzywa w kostkę, paski lub trójkąt Sierpińskiego. Jak pokroimy, to grzecznie wstawiamy kurczaczka na ogień. Po jakiś 2 minutach dorzucamy warzywa (nie pytajcie mnie dlaczego :P).

No, teraz pozostaje tylko obserwować jak się to wszystko rozwija. 

Efekt:

Fajne, nie? 

A, jak jesteście sprytni, to nie zapomnijcie o maśle do kalafiora ;).

Afiyet olsun!


***


Coś mnie Bloger nie lubi. Ale ja go lubię, mimo, że odmawia mi logowania, a czasem nawet wstępu na stronę logowania.

Jutrzejszy, obiecany tekst o tym, dlaczego muezinowie (lub ezinowie) umierają, i dlaczego muzułmanina w ramazanie to cieszy.

czwartek, 24 września 2009

Allah Akbar!

Idę gotować :).

PS Notki się nie pojawiały, bo mi Bloger współpracy odmówił na wiele dni. Teraz spróbowałem i działa. Ale parę notek jest spisanych, więc się powinny niedługo pojawić ;).

czwartek, 10 września 2009

Ramazan a piwo

Miesiąc ważny dla muzułmanina. Piwo ważne dla Krogulczasa.

***

W ramadanie (w Turcji zwany ramazanem; będę używał zamiennie) praktycznie żyję. Zaczął się w tym roku 21. sierpnia, a skończy się 19. września.

Ci Turcy to niesamowici ludzie są. Miałem już masę sytuacji w tym wesołym miesiącu, które bezpośredni początek biorą właśnie w tym, że mają w tej chwili taki ważny czas w swoim życiu.

***

Dzisiaj chciałem kupić piwo. Pomyślałem sobie: ciężko będzie. Nie dość, że muzułmanie nie mogą piwa pić, to jeszcze mamy ramazan, czyli MAXI-post. Chociaż szyldy z Efesem (a czymże innym) pozostały, to lodówki stoją puste.

Wszystkie. Wszędzie.

Ale Polak potrafi :).

Tym razem postanowiłem się odezwać, zamiast tylko rzucić okiem.

-Bira yok? (Piwa brak?) - pytam.

-Tamam... (słowo, które początkowo znaczyć miało "o.k."; teraz widzę, że używają go jak japońskiego "hai", czyli do wszystkiego) - po czym Pan Turek oddalił się i przeszedł przez drzwi na tyły sklepu. I po chwili słyszę jego głos. I głos jeszcze jednego Turka.

Mówią coś, mówią... Męczy się Krogul męczy żeby dojść - o czym, u diabła,  rozmawiają?

Wychyla się Pan Turek #1. Woła mnie. Idę. Rozgląda się naokoło po tym jak wszedłem.

Wchodzę na zaplecze. Kieruję swe kroki na lewo. Pana Turka #2 brak. Pan Turek #1 otwiera drzwi. Wchodzę do oświetlonego jedną żarówką pomieszczenia. Żarówka mryga od czasu do czasu.

Pan Turek #1 pokazuje mi półkę. Na niej Skarb Narodów, Arka Przymierza i Pierścień Atlantów w jednym: piwo.

Efes.

Kurwa.

No nic. Niech będzie. Dwa biorę.

Przechodzimy do lady. Płacę. Pan Turek #1 pakuje piwa w czarną foliówkę. Coby mu się spodobać, upycham je do plecaka. Uśmiechnięci oboje od ucha do ucha, ja wychodzę, a on... skąd mam wiedziec co robił dalej?

***

O ramazanie jeszcze popiszę. Szczególnie o tym, jak umierają muezini :).